6 Luty 2017

Ukazała się w Wydawnictwie Benedyktynów w Tyńcu bardzo ważna książka dotycząca kryzysu Kościoła i wskazująca powrót do liturgii tradycyjnej jako drogę do odnowy Kościoła Katolickiego

Kwasniewski Peter, Kryzys i odrodzenie. Tradycyjna liturgia łacińska a odnowa Kościoła.

http://ksiegarnia.antyk.org.pl/x_C_I__P_23016800-23010001__PZTA_2.html

Istotę tego niemal światowego kryzysu liturgii można wyrazić jednym wersem Pisma świętego: opuścili Go i odwrócili twarz od przybytku Pańskiego, a tyłem do niego się obrócili (2 Krn 29,6). Jak należy to rozumieć? Otóż w praktyce liturgicznej doszło do tragicznego przesunięcia akcentów: nasz wcielony Bóg – w Przenajświętszym Sakramencie oraz w znaku krzyża na ołtarzu – został odsunięty na bok, wygnany, jeśli tak można powiedzieć, na margines, a na Jego miejsce weszło zgromadzenie, zbierające się w zamkniętym kręgu wokół kapłana. Te antropocentryczne liturgie po raz kolejny potwierdziły starożytną mądrość: Pokaż mi jak sprawujesz liturgię, a powiem ci, w co wierzysz.

Książka ta jest poświęcona fundamentalnym zagadnieniom związanym z liturgią. Mowa w niej przede wszystkim o trwałej i wyjątkowej wartości Mszy łacińskiej tradycyjnej (znanej również jako usus antiquior albo nadzwyczajna forma rytu rzymskiego), której żywiołowego powrotu aktualnie doświadczamy, zwłaszcza w świecie anglojęzycznym. Często podejmuję tu również zagadnienia kojarzone z hasłem reformy reformy. Dziś, bardziej niż kiedykolwiek, potrzeba teologicznej i filozoficznej refleksji nad odnową usus antiquior oraz nad tym, jak starsza forma może zarówno wzbogacić nowszą, jak ukazać pewne jej słabości, które domagają się naprawy. Apologia i krytyka, które przedstawiam na tych stronach, stanowią mój wkład do nowego ruchu liturgicznego, którego powstanie zainspirował papież Benedykt XVI, oraz wielkiej odnowy Kościoła, którą zainicjował.

Wieczorem w piątek, 14 października ubiegłego roku w historycznym klasztorze na praskim Strahovie miała miejsce oficjalna premiera czeskiego przekładu książki Kryzys i odrodzenie. Tradycyjna liturgia łacińska a odnowa Kościoła autorstwa dra Kwasniewskiego. Jego Eminencja Raymond Leo kardynał Burke wygłosił słowo wstępne, w którym mówił o ważności świętej liturgii w swoim własnym życiu, jego doświadczeniach z bolesnych lat reformy liturgicznej i eksperymentów, a także o radości, której doświadcza, gdy katolicką tradycję na nowo odkrywają młodzi ludzie. Następnie opowiedział o książce, polecając ją publiczności liczącej około 130 osób, wliczając w to dziennikarzy i delegację z katolickiej telewizji, zebranej w klasztornym refektarzu zimowym. Przy jednym stole zasiedli także tłumacz na język czeski, ks. Štěpán Smolen i jeden z członków zespołu wydawniczego, Pan Andrej Kutarna, który przetłumaczył poniższy wykład na język czeski.

Tekst wykładu jest przedstawiony poniżej w całości.

Sam czacunek to za mało: o ważności Tradycji Peter A. Kwasniewski

Jestem wdzięczny wszystkim Państwu za przybycie dzisiejszego wieczora na
premierę czeskiego tłumaczenia mojej książki Kryzys i odrodzenie i na mój
wykład, który przedstawia kilka głównych wątków zawartych w książce.


Pod koniec sierpnia katolicki świat dowiedział się ze smutkiem o silnym
trzęsieniu ziemi, które nawiedziło region we Włoszech około miasta Norcia,
starożytnego miasta Nursia, tradycyjnie uważanego za miejsce narodzin śśw.
Benedykta i Scholastyki, a także siedziba (od Jubileuszowego Roku 2000)
benedyktyńskiego klasztoru znanego z tradycyjnej liturgii i wybornego piwa. Ta
wiadomość szczególnie mnie zmartwiła, gdyż jestem oblatem tego klasztoru i
spędziłem tam dwa tygodnie w lipcu prowadząc wykłady na temat Listu do
Hebrajczyków. Oglądając zdjęcia zniszczeń, na myśl od razu przyszedł mi werset z
tego listu: Nie mamy tutaj trwałego miasta, ale szukamy tego, które ma przyjść
(Hbr 13:14) oraz inny: Bo kogo miłuje Pan, tego karze, chłoszcze zaś każdego,
którego za syna przyjmuje (Hbr 12:6). Bogu dzięki, w prawdziwie benedyktyńskim
duchu mnisi rozpoczęli odbudowę. Wielu ludzi przybywa na pomoc i z biegiem czasu
wspólnota nie tylko stanie na nogi, ale wyjdzie z tego silniejsza niż wcześniej.

Mimo wszystko, zniszczenia w Nursji są ogromne. Trzęsienie ziemi było gwałtowne,
o wysokiej magnitudzie. Wystąpiły silne wstrząsy wtórne. W wielu budynkach w
całym miasteczku, wliczając w to bazylikę i mniejsze kościoły, widoczne są
olbrzymie pęknięcia na ścianach, pęknięte sufity, naruszona konstrukcja.
Eksperci chodzą od budynku do budynku, dokładnie je sprawdzając, by ocenić
zagrożenie i zdecydować, czy są one bezpieczne. Miejsca niegdyś pełne życia nie
nadają się obecnie do zamieszkania. Potrzeba lat kosztownych remontów nim
wszystko wróci do normalności. Na pewno będzie trzeba opracować tymczasowe
rozwiązania, jednak na pewno nie będą cechować się pięknem czy wytrzymałością,
ani nie będą porównywalne w stylu z resztą tego średniowiecznego miasteczka i w
końcu będą musiały zostać zastąpione czymś trwalszym i wartościowszym.
Poniesiono także koszty, o których mówi się trudniej, gdyż są one emocjonalne,
osobiste, duchowe: niektórzy ludzie zostaną uświęceni poprzez te próby, a inni
mogą wykorzystać tę okazję do grzechu. Krótko mówiąc, w przeciągu tylko jednego
dnia Nursja stała się miejscem strachu, niepokoju, zamętu, rozczarowania, bólów
głowy i serca zbyt licznych, by liczyć. Stała się także miejscem heroicznej
ofiarności i hojności, wezwaniem do cierpliwości, nadziei i determinacji, a
także przypomnieniem o tym, co jest w życiu najważniejsze.

Wydaje mi się, że możemy potraktować to trzęsienie ziemi jako metaforę Kościoła
naszych czasów. Coś podobnego zaczęło się dziać około pięćdziesiąt lat temu w
życiu Kościoła Katolickiego, mianowicie seria nagłych i poważnych zmian w
sposobie sprawowania Najświętszej Ofiary i innych sakramentów, a owe zmiany
miały znamię herezji. Ziemia zadrżała pod nami, gdy starożytne ryty liturgiczne
i pobożne praktyki zastępowano niemalże z dnia na dzień pospiesznie skleconymi
formami i niespotkanymi dotąd nowinkami. W Europie Zachodniej i w Ameryce
wybuchła epidemia nieokiełznanych eksperymentów. Nie ostał się żaden pewnik.
Mapa i kompas tradycji zostały porzucone na rzecz wspólnotowych ćwiczeń z
zakresu wyrażania siebie. Nadejście Novus Ordo Missae przypominało trzęsienie
ziemi pod względem zarówno tempa jak i zniszczeń, które poczyniło w tak wielu
miejscach [1]. Lokalne kościoły, które wypełniali liczni wierni i w których
kiełkowały liczne powołania kapłańskie i zakonne, popadły w ruinę, gdyż miliony
katolików przestało praktykować swoją wiarę, a tysiące kapłanów, mnichów i
sióstr zakonnych porzuciło swoje święte powołanie. Kiedy opadł kurz nie
nastąpiła odnowa: powstały gigantyczne pęknięcia w intelektualnej i duchowej
strukturze, ściany i sufity artystycznego piękna rozpadły się, budowle kościelne
nie były wystarczająco bezpieczne, by w nich spokojnie przebywać.

Jednakże, pół wieku później Lud Boży musi uporać się z raportami własnych
inspektorów budowlanych, którzy doskonale zdawali sobie sprawę ze skali tego
trzęsienia oraz rozmiarów strat – są to eksperci, którzy znają i kochają
kościelną liturgię, teologię i tradycję, eksperci, którzy są obyci w naukach
społecznych takich jak antropologia, psychologia i socjologia. Jednym z nich był
Michael Davies, który w swojej książce Cranmer’s Godly Order (wydana w
Wydawnictwie antyk) wykazał, iż zmiany
poczynione w liturgii rzymskokatolickiej są porównywalne z tymi, które
przeprowadził Thomas Cranmer, tworząc protestancką liturgię dla kościoła
anglikańskiego. Innym był Laszlo Dobszay, który udokumentował niespójność między
rytem a muzyką w nowej liturgii. Jest także Dom Alcuin Reid, którzy wykazał, że
reformy liturgicznej lat sześćdziesiątych nie można uważać za kontynuację
rzymskiej tradycji według jakiejkolwiek osadzonej w historii i filozoficznie
spójnej definicji słowa organiczny[2]. Jest wielu autorów, spośród których
można wymienić Aidana Nicholsa, Catherine Pickstock, Mary Douglas i
Anthony’ego
Archera, którzy, wykorzystując nauki społeczne takie jak antropologia religii,
obnażyli z wyjątkową jasnością jak nietrafnie autorzy zmian w rytach
liturgicznych ocenili faktyczne potrzeby „nowoczesnego człowieka” i
dokładnie
opisali jak owi autorzy nie tylko ponieśli porażkę w kwestii powstrzymania fali
sekularyzmu i desakralizacji, ale wręcz się do niej przyczynili.

Katastrofy naturalne są przyczyną wielu fizycznych i kulturalnych strat, jednak
służą one także wydobyciu z ludzi tego, co w nich najlepsze. Można powiedzieć
coś podobnego o liturgicznej i teologicznej rewolucji, która miała miejsce w
minionym wieku. Jak tylko stało się jasne, że targnięto się na wspaniałą
tradycję katolicką do tego stopnia, że istniało niebezpieczeństwo, iż zostanie
ona całkowicie porzucona, Duch Święty wzbudził wiele szlachetnych dusz, różnych
stopniem, klasą i stanem, sławnych i nieznanych, by oparły się tej wymuszonej
paradzie unowocześniania. Można tu przywołać tzw. indult Agathy Christie, na
mocy którego kapłani w Anglii otrzymali pozwolenie na dalsze sprawowanie
tradycyjnych rytów liturgicznych (choć później dowiedzieliśmy się z Summorum
Pontificum, że takie pozwolenie nigdy nie było konieczne). Przychodzą tu na myśl
również słowa, w których Jan Paweł II zachęcał biskupów by byli
„hojni” w
kwestii liturgii wobec katolików przywiązanych do własnej tradycji liturgicznej.
Należy wspomnieć zwłaszcza o papieżu Benedykcie XVI, który stanowczo przywołał
Kościół do ciągłości ze swoją chwalebną przeszłością, tradycją przepojoną wiarą,
niedoścignioną kulturą piękna w służbie Słowu. W tych dziesięcioleciach
błądzenia po puszczy, w tej niewoli babilońskiej względem współczesnych
zachodnich mód, cichutko wzrastał ruch pragnący na nowo odkryć i przywrócić
pełnię kultu Kościoła. Księży, zakonników i świeckich oddanych usus antiquor
można obecnie spotkać w każdym kraju i na każdym kontynencie; cechują ich duże
rodziny i wysoka liczba powołań do kapłaństwa i życia konsekrowanego. Kult w
pełni katolicki zawsze połączony jest z doktrynalną integralnością, byciem
świadkiem w życiu codziennym i ciągle na nowo przeżywanym łaknieniem świętości.
To wszystko stanowi pociechę pośrodku gruzowiska.

Jednakże, po wysłuchaniu tej rozbudowanej metafory, można by poddać jedną rzecz
w wątpliwość. „Dlaczego tradycja jest aż tak ważna? Czyż nie wystarczy
porządna
liturgia? Jeśli tylko jesteśmy szczerzy w naszych intencjach i traktujemy
poważnie naszą modlitwę, te wszystkie pozostałe rzeczy: język kultu, rodzaj
muzyki, kierunek modlitwy księdza, sposób w jaki ludzie przystępują do Komunii
Świętej, stosowanie tych samych czytań i modlitw, które katolicy stosowali przez
wieki, itd. są po prostu drugorzędne. Są tym, co Jezus nazwał «zewnętrzną
stroną
kubka i misy» (Mt 23,25), a On nauczał nas, że nie jest ona w religii
najważniejsza.”

Takie wątpliwości są oczywiście do pewnego stopnia uzasadnione. Istotnie, nasze
intencje mają znaczenie fundamentalne. Jeśli niewierzący symuluje chrzest jako
część przedstawienia scenicznego, tak naprawdę nie zostanie chrześcijaninem.
Żadna rzecz zewnętrzna sama z siebie nie zagwarantuje, że będziemy czcić Ojca w
duchu i prawdzie (J 4,23-24), a postawa czci i powagi jest najważniejszym
wymogiem ars celebrandi. Niemniej jednak, wierzę ze tak przedstawiony zarzut
jest błędny, a wręcz niebezpieczny, gdyż zakłada (i w ten sposób popiera)
radykalne przekształcenie samej natury religii katolickiej na gruncie
oświeceniowej filozofii.

Prymat tradycji jest zasadą nadrzędną i uprzednią względem wszystkich sporów co
do tego, która praktyka jest lepsza czy gorsza. Jest to podstawowe twierdzenie,
głoszące że nasza religijna spuścizna przekazana nam przez ojców na nas
oddziałuje. Nie „posiadamy” tego daru, ani tym bardziej go nie
„wytwarzamy”.
Tradycja przychodzi do nas z góry, od Boga, który w swej opatrzności stworzył
nas jako istoty społeczne, które dziedziczą język, kulturę, religię. Przychodzi
do nas od naszych przodków, którzy po łacinie nazywani są antecessores – czyli
dosłownie ci, którzy odeszli wcześniej [3]. Są przed nami, nie za nami,
ukończyli wyścig, a my stajemy by zaczerpnąć z ich zbiorowej wiedzy. Św. Paweł
opisuje tę zasadę w 1 Liście do Tesaloniczan (1 Ts 4,1): „prosimy i zaklinamy
was w Panu Jezusie: według tego, coście od nas przejęli w sprawie sposobu
postępowania i podobania się Bogu – jak już postępujecie – stawajcie się coraz
doskonalszymi!”

Odrzucenie tradycji i kult zmiany ucieleśnia charakterystycznie nowoczesną
postawę „władzy nad tradycją”, która pełni rolę społecznego
odpowiednika „władzy
nad naturą” Bacona i Kartezjusza. Połączenie kapitalizmu i technologii
pozwoliło
nam nadużywać dóbr świata natury, traktując go jako surowiec czekający na
wykorzystanie, w pogoni za spełnieniem samolubnych żądz. W podobny sposób, pod
wpływem racjonalizmu i indywidualizmu zaczęliśmy traktować tradycję katolicką,
jakby była zbiorem odosobnionych faktów z których my, którzy jesteśmy tak
samodzielni i wspaniali, możemy wybrać dowolną kombinację, która nam odpowiada.
Przyjmując tę arogancką postawę, nie jesteśmy w stanie rozpoznać z pokorą
cechującą stworzenie, że nasza racjonalność jest społecznie ukonstytuowana i
zależna od tradycji. Nie szanując naszych antecessores, nie potrafimy żyć
zgodnie z naszą naturą polityczną i godnością chrześcijańską jako odbiorców
konkretnego, historycznego objawienia, które trwa i rozwija się organicznie w
czasie i przestrzeni [4]. Przywodzi to na myśl słowa psalmu: „On sam nas
stworzył, my Jego własnością” (Ps 99[100],3). Ipse fecit nos et non ipsi nos.
Nie stwarzamy siebie, ani naszej religii czy naszych liturgii – otrzymujemy
naszą egzystencję, otrzymujemy naszą wiarę, otrzymujemy nasz kult. Tradycja
przychodzi do nas spoza i sprzed nas samych. Jednoznacznie wyraża ona naszą
zależność od Boga jako stworzenia, jako chrześcijanie, jako współdziedzice ze
świętymi. Dziedzic to ten, który dziedziczy. Nie jest on nuworyszem wyrosłym na
glebie kapitalizmu.

Ponadto, zreformowana liturgia, tak jak współczesny liberalizm, wywyższa pod
niebiosa możliwość wyboru, spontaniczność i różnorodność – w
przeciwieństwie do
historycznych liturgii chrześcijaństwa, zarówno wschodniego jak i zachodniego,
które przedstawiają wyznawcy kompletny ceremoniał, któremu pełni wdzięczności
się oddajemy, przyjmując jego cechy, tak jak drewno, na którym ma powstać ikona,
otrzymuje warstwa po warstwie przypisany kolor, póki nie pojawi się na nim
piękny obraz [5]. Wierni postępują zgodnie z rolami i scenariuszem, które
otrzymali, wkładając sobie w usta jego słowa, nosząc jak gdyby maskę, prosopon
Chrystusa, żeby mogli przyjąć Jego perspektywę w tym życiu i zasłużyli, by
otrzymać Jego chwałę w życiu następnym. Liturgia jest nieustannym upodobnianiem
się do Chrystusa, która zakłada z góry porzucenie dawnego człowieka wraz z jego
spaczonym pragnieniem „autentyczności”, oryginalności,
samodzielności, uznania.
„Inkulturację”, którą stara się osiągnąć tradycyjna liturgia, najlepiej
postrzegać jako re-kulturację wspólnego chrześcijańskiego dziedzictwa, której
towarzyszy de-kulturacja szkodliwych błędów i przywar naszego upadłego stanu i
wad ludzkich społeczności, które tworzymy [6]. Liturgia nie jest po prostu serią
zadań, uświęconym grafikiem. Jest ona szkołą życia, myśli, pragnień, do której
jesteśmy zapisani od momentu naszego chrztu a kończymy ją z chwilą naszej
śmierci. To, w jaki sposób liturgia pojmuje naturę ludzką, jak wymaga od nas
odpowiedniego zachowania, które aksjomaty i aspiracje wkłada w nasze usta i
nasze serca, ukształtuje nas na obraz jej samej. Nasz udział w ziemskiej
liturgii Kościoła przygotuje nas dobrze lub źle do uczestnictwa w liturgii
niebieskiej, w zależności od tego jak dobrą edukację odebraliśmy w szkole
chrześcijańskiej tradycji. Dlatego stanowi to tak poważny problem, jeśli program
nauczania i kadra pedagogiczna zostały zagrożone przez światowość, przeżarte
ideologiami, rozpuszczone przez utratę pewności w prawdy Ewangelii czy po prostu
rozproszone przez kaprysy i mody otaczającego ich antychrześcijańskiego, czy na
poły chrześcijańskiego społeczeństwa [7].

Św. Paweł zwraca się do Rzymian: „Nie bierzcie więc wzoru z tego świata, lecz
przemieniajcie się przez odnawianie umysłu, abyście umieli rozpoznać, jaka jest
wola Boża: co jest dobre, co Bogu przyjemne i co doskonałe” (Rz 12,2).
Głębokie
zmiany w liturgii mające na celu zapewne lepsze przystosowanie jej do
„nowoczesnego człowieka” były w rzeczywistości formą ustąpienia i
przystosowania
się do świata, a nie aktem zdecydowanego sprzeciwu wobec niego. Nowa liturgia
nie oferuje już nadprzyrodzonej alternatywy dla świata, przestała przystawać do
tego, co już od dawna było znane jako „dobre, miłe Bogu i doskonałe”
[8]. O ile
we wcześniejszych wiekach liturgia Kościoła była ubogacana elementami z różnych
kultur, z którymi Kościół miał styczność, o tyle przed dwudziestym wiekiem,
nigdy nie miała miejsca metodyczna próba stworzenia na nowo liturgii zgodnie z
kanonem panującym w danej epoce, czy mającym aprobatę danego światopoglądu.
Zdarzały się poprawki i dopasowania, ale nigdy całkowita rekonstrukcja i
nieskrępowane eksperymentowanie. Sama ambicja, by spróbować przeprowadzić tak
bezczelne przedsięwzięcie, mogła pojawić się tylko w wieku upojonym Mitem
Postępu – mitem, który grał na powszechnie znanej łatwowierności
racjonalistów i
romantyków. Większość liturgicznych reformatorów uległa pokusie bez
najmniejszego oporu, jak zakochani w Paryżu wiosenną porą. Wszędzie można
znaleźć ilustracje do fragmentu Listu do Rzymian: „znikczemnieli w swoich
myślach i zaćmione zostało bezrozumne ich serce” (Rz 1,21).

W książce często wspominam moje doświadczenia dotyczące odkrycia tradycyjnej
liturgii i tego, jak pozytywnie wpłynęła na moją rodzinę – jak pobudziła
nas do
przyjęcia głębszej, szerszej i donioślejszej wizji Boga, człowieka i świata niż
wszystko to, co przeżyliśmy na „uwspółcześnionej” katechezie,
kazaniach czy
liturgiach posoborowego Kościoła. Podczas naszego ślubu moja żona i ja
wypowiedzieliśmy przysięgę zgodnie z pięknym, przedsoborowym rytuałem, a
następnie jako nowożeńcy wysłuchaliśmy wspaniałej trydenckiej Missa cantata.
Nasze dzieci zostały ochrzczone i podeszły do bierzmowania według wzniosłych,
starszych form, które wprawiają w zawstydzenie ich nowoczesne odpowiedniki.
Chodziliśmy do spowiedzi do księży, którzy stosowali bogatsze i bardziej
wyraziste tradycyjne modlitwy sakramentalne. Zaczęliśmy modlić się zgodnie ze
starożytnym Oficjum. Co najważniejsze, Msza stała się w naszych oczach
Najświętszą Ofiarą [9].

Jeden z wersów Psalmu stał się dla mnie mottem tej podróży: Et eduxit me in
latitudinem, „wyprowadza mnie na miejsce przestronne” (Ps 17:20
[18:19]). To
przestronne miejsce to tradycja katolicka, która jest ogromna ponad wyobrażenie,
bogata ponad pojęcie, bardziej kolorowa, różnorodna i zadziwiająca niż monotonna
jednolitość religii skleconej przez nowoczesnego człowieka z jej przewidywalnym
racjonalizmem, płytkimi kaprysami i przemijającymi modami. Nasz Pan w swej
dobroci wyprowadził nas na przestronne miejsce niezrównanej muzyki sakralnej,
niedoścignionej wymowy łacińskich modlitw, poruszającego teatru ceremonii
pełnych symboli, kultu Tego, który jest nieprzemijalny, Trójjedynego Boga, kultu
polegającego na wyrzekaniu się samego siebie, wyrażonego i przeżywanego poprzez
gesty pokory, adoracji, duchowego pragnienia i pełnego pokoju oddania.

W tym przestronnym miejscu zwanym Tradycją katolicką widzimy wokół nas piękno
roztaczające się poza horyzont, dalej niż może dojrzeć ludzkie oko, daleko poza
to, co jakikolwiek człowiek może samemu dokonać w ciągu swego życia. Kąpiemy się
w promieniach słońca starożytnego świata, swobodnie oddychamy świeżym powietrzem
średniowiecznego dziecięctwa, spotykamy się z każdym pokoleniem wiernych, którzy
przed nami przecierali ścieżki wiary. Dla mnie, dla mojej rodziny, dla naszych
przyjaciół było to wyzwalające, napawające radością i umacniające doświadczenie
– jakby w tym samym czasie wyrosły nam korzenie i skrzydła. Tradycyjna
liturgia
jest jedynym pośrednikiem nie tylko między nami a naszym Panem, ale także całą
historią, dziedzictwem, kulturą, teologią i tożsamością Kościoła Katolickiego,
do którego należymy. Bez tego wszystkiego bylibyśmy kimkolwiek i gdziekolwiek,
czyli nikim i nigdzie – nowoczesnymi sierotami, nieślubnym potomstwem
nowoczesności bez szlachetnego urodzenia.

Ruch na rzecz przywrócenia usus antiquior jest zatem nie tylko ledwie wyrazem
własnego gustu jego uczestników, „preferencją” czy
„wrażliwością”, jak sądzą
niektórzy w swoich staraniach, by włączyć ten ruch w projekt liberalizmu i
demokratycznego pluralizmu, który stanowi dla nas śmiertelne zagrożenie.
Tradycjonalizm jest – czy też powinien być i ma potencjał stać się –
odrzuceniem
fundamentalnych założeń nowoczesności w myśl zasady, że trzeba przygotować drogę
dla odrodzenia Christianitas z gruzów i popiołów szybko rozpadającego się
postchrześcijańskiego Zachodu. Jest to ruch na rzecz przywrócenia tożsamości,
rozsądku, duchowego zdrowia i wigoru. Chodzi o odkrycie na nowo i potwierdzenie
na nowo katolickiej Wiary w jej najwznioślejszej i najpełniejszej formie. Święta
liturgia w całej swej pełni jest niezbędnym środkiem do odnowienia kapłaństwa,
małżeństwa i rodziny, a także misji – właśnie dlatego, że nie jest zaledwie
środkiem do osiągnięcia tych celów, ale ponieważ przez nią jesteśmy zjednoczeni
z celem, który obdarza wszystko inne swoim znaczeniem, orientacją,
skutecznością, a nawet urokiem.

Chciałbym przez chwilę rozwinąć ten ostatni punkt. Co sprawia, że nierozerwalne
małżeństwo trwające całe życie oraz wydanie na świat i wykształcenie dzieci
pociąga upadły rodzaj ludzki, znany ze swojego egoizmu i niecierpliwości w
trudnościach? To właśnie wiara w Boga przede wszystkim, a także wiara w
Rzeczywistą Obecność Chrystusa w Eucharystii. Jeśli Bóg istnieje, małżeństwo
jest możliwe. Jeśli Bóg oddał siebie do samego końca – jak uczynił Jezus w
swoim
Wcieleniu, męce i śmierci – wtedy ofiarnicza miłość rodzicielska może
zaistnieć,
a co więcej, jest pożądana. Jeśli zabierze się Boga, nie będzie absolutnie
żadnego powodu by ofiarować drugiej osobie „miłość, wierność i uczciwość
małżeńską”. Jeśli zabierze się Eucharystię, nie będzie powodu by wylać swoje
życie, by wnieść więcej życia do świata. Bez Boga, bez tajemnicy Krzyża, bez
boskiego pokarmu Eucharystii, małżeństwo i rodzina byłyby irracjonalne, szalone;
byłoby to złudzenie, niemożliwa i zwodnicza fantazja. Ale jeśli On kroczy przed
nami jako nasz antecessor, jeśli on prostuje dla nas ścieżki, jeśli On daje nam
siebie jako nasz chleb codzienny, miłość ofiarnicza jest rzeczywistością, która
już istnieje pośród nas, rzeczywistością dostępną, zachęcającą, obezwładniającą.
„Miłość Chrystusa przynagla nas” (2 Kor 5:14).

W konsekwencji, liturgia powinna być bezwzględnie skupiona na ofierze Krzyża
naszego Pana i na niesamowitej rzeczywistości Jego eucharystycznej Obecności. To
skupienie powinny ułatwiać praktyki takie jak śpiew, cicha modlitwa, klęczenie i
zwracanie się ku wschodowi, by złożyć świętą ofiarę w pokoju. Kiedy takie
praktyki zanikają, nie stajemy przed najwyższą Tajemnicą, która zbawia nasze
poszarpane życie, nie jesteśmy ponaglani do poddania się Temu, który kocha nas
ponad wszelkie wyobrażenie. W tym sensie często wspominana
„wertykalność”
tradycyjnego kultu działa w służbie najbardziej osobistej komunii z Tym, który
nas kocha przez całą wieczność miłością nieskończoną. Z drugiej strony, to
właśnie horyzontalna towarzyskość, artystyczna banalność, nieustanny słowotok i
teatrzyk odgrywany przez księży przeszkadzają duszy we wzbiciu się ku Bogu i w
bezpośrednim, „mistycznym” kontakcie między Stwórcą a stworzeniem,
Zbawicielem i
grzesznikiem, Kochającym i kochanym.

Czasami wini się tradycjonalistów za przedkładanie ich „własnych
preferencji”
nad zreformowaną liturgię Pawła VI i powszechną dyscyplinę kościelną. Dlaczego
nie możemy „wpisać się w grafik” i robić to co wszyscy? Jednak to
oskarżenie
jest ironiczne i błędnie skierowane: to właśnie Novus Ordo, po raz pierwszy w
historii Kościoła, wynosi preferencje, gusta, a nawet kaprysy
„przewodniczącego”
i „kongregacji” do rangi zasady, pozwalając na niezliczoną liczbę
możliwości
zrealizowania liturgii. Wiele tekstów jest dowolnych; muzyka jest dowolna (nie
ma jasno określonych zasad odnośnie Mszy solennej, co być może spowodowało jej
upadek); rubryki są ograniczone do minimum, czasami z kilkoma możliwymi
zakończeniami. Niektórzy nawet mówili o „Mszale vel”: można używać
łaciny albo
języków narodowych. Można śpiewać chorał albo coś innego. Można używać tego lub
tamtego aktu pokuty, tej modlitwy eucharystycznej albo tamtej. Można odprawiać
albo ad orientem, albo versus populum. We wszystkich tych opcjach zmienna wola i
osobowość celebransa (a być może i kongregacji) jest postawiona w centralnej
pozycji, spychając nierozerwalne i niezmienne małżeństwo Chrystusa i Kościoła na
dalszy plan. Każda celebracja to w pewnym sensie nowy projekt, nowa kompilacja,
nowa konstrukcja zaangażowanych w nią ludzi. Nawet gdyby te same
„tradycyjne”
opcje były wybierane z zasady, sam fakt, że byłyby one wybierane i istniałaby
możliwość, że zostaną odrzucone, uczyniłby liturgię nie tyle opus Dei, co opus
hominis [10].

Ta woluntarystyczna plastyczność liturgii połączona z naciskiem na lokalne
dostosowanie i nieustanną ewolucję, jest liturgicznym odpowiednikiem trwającej
przez dziesięciolecia dysputy między Walterem Kasperem i Josephem Ratzingerem w
dziedzinie eklezjologii. Dla Ratzingera Kościół powszechny i jego jedyny Pan i
Zbawiciel jest najważniejszy [11] – dlatego też liturgia, która jest aktem par
excellence Chrystusa i Jego Mistycznego Ciała, powinna ucieleśniać, wyrażać i
wpajać właśnie tę powszechność, wiarę w „jeden, święty, katolicki i apostolski
Kościół”. Jeśli ktoś jest tego świadom, wie również, że wszystko w tradycyjnym
rycie rzymskim spełnia to doniosłe wymaganie. W kwestii jedności liturgia
oferuje nam, rok po roku, ten sam ryt, te same rubryki, te same teksty, te same
śpiewy jak przystoi „jednemu Panu, jednej wierze, jednemu chrztowi”
(Ef 4:5).
Jeśli chodzi o świętość, w dokumentach Soboru Trydenckiego czytamy:
wypada, by rzeczy święte sprawować święcie, a ze wszystkich ta ofiara jest
najświętsza, [dlatego] w celu godnego jej składania i uczestniczenia w niej,
Kościół katolicki przed wielu wiekami ustanowił św. kanon, tak wolny od
wszelkiego błędu, że niczego w nim nie ma, co by jak najbardziej nie tchnęło
świętością i pobożnością i nie wznosiło ku Bogu umysłów tych, którzy składają
ofiarę. [12]
Sobór Trydencki następnie wypowiada się w podobnym tonie o wszystkich
ceremoniach Mszy Świętej. W kwestii znamienia katolickości, odkrywamy tę samą
tradycyjną liturgię wszędzie na świecie, od wschodu słońca aż do zachodu,
ofiarowaną przez wszystkich ludzi i za wszystkich ludzi, bez podziału na naród,
rasę, czy płeć [13]. Natomiast apostolskość Kościoła jest wyrażona w zasadzie
tradycji, o której już wspomniałem. Św. Paweł zwraca się do Koryntian:
„Pochwalam was, bracia, za to, że we wszystkim pomni na mnie jesteście i
że tak,
jak wam przekazałem, zachowujecie tradycję (1 Kor 11:2)”; „Ja bowiem
otrzymałem
od Pana to, co wam przekazałem” (1 Kor 11:23).

Z drugiej strony widzimy „oddolną eklezjologię” kard. Kaspera, którą
ucieleśnia
nowa liturgia przystosowana do danej chwili i grupy wiernych – która nie
poprzez
nadużycia, ale w swej istocie stanowi zestaw możliwości mających na celu
otrzymanie swej „zinkulturowanej” formy od księży i ludzi podczas każdej
celebracji. Jest to liturgia w ciągłym stanie fermentacji, zmiany punktu
widzenia, ponownej kreacji, co stanowi antytezę ortodoksji w swym pierwotnym
znaczeniu „prawego kultu i prawej doktryny”. Warto podkreślić, iż
zwolennicy
eklezjologii i liturgii kard. Kaspera wykazują także tendencję do odrzucania
konstantyńskiego chrześcijaństwa i jego uniwersalistycznej aspiracji by
„wszystko na nowo zjednoczyć w Chrystusie” (Ef 1:10). Jest tak
dlatego, gdyż
utrzymują oni za Karlem Rahnerem, że każdy człowiek w pewnym stopniu już jest
chrześcijaninem i że świat jako taki, świat świecki, już jest święty. Dlatego
też nie ma wyraźnego rozróżnienia między ad intra i ad extra, między
prezbiterium a nawą, między celebransem a wiernymi, między tradycją a innowacją,
czy też nawet między sacrum a profanum. Wszystko rozpływa się w immanencji, w
wyborze chwili, w pogoni za nieustanną inkulturacją, chwilowymi relacjami
emocjonalnymi, samoustanowieniem się grupy. Jest to liturgia Oświecenia,
ahistoryczna, towarzyska, łatwo dostępna, wydajna, niegroźna. Ma być przyjemna,
wygodna, całkowicie wolna od magii, mitów czy zagrożeń. Nie ma prawa w niej
zaistnieć choćby nawet w najmniejszym stopniu prymitywne, średniowieczne
misterium tremendens et fascinans; nie ma w niej nic z jęku niewolników do
swojego Pana – jesteśmy dorosłymi, którzy mogą traktować Boga jak równego
sobie.
Obecnie już wycinamy „trudne” ustępy Pisma Świętego i piszemy na
nowo „trudne”
modlitwy tak, aby ataki na czy wyzwania dla naszego współczesnego sposobu życia
były, jeśli nie wyeliminowane, to przynajmniej utrzymywane na przyzwoitym, jak
najniższym poziomie [14].

W tym momencie powinno stać się oczywiste, że obrona klasycznego rytu rzymskiego
przez tradycjonalistów, jak i wszystko co się z nią wiąże, nie jest tylko
kwestią estetyki czy osobistych upodobań. Jest to wyraz przywiązania do
przednowoczesnego zrozumienia człowieka, świata i chrześcijaństwa, które jest
nieskażone współczesnymi błędami [15], a więc może ocalić współczesnych mężczyzn
i kobiety od wpadnięcia w otchłań, w którą sami się rzucili od czasów
protestanckiej rewolty poprzez rewolucję francuską, seksualną, a obecnie
rewolucję gender. Wierzymy, że współczesny człowiek najbardziej potrzebuje kogoś
znajdującego się poza nowoczesnością, przekazującego wiedzę, która ma swe źródło
przed rebelią i która dąży do osiągnięcia celów nie z tego świata – tego
politycznego wieku straszliwej przemocy i chybionej oryginalności. Rewolucja
liturgiczna była kościelnym odpowiednikiem tych społecznych rewolt, gdyż ludzie
odrzucili rubryki ograniczeń, formalność zwrotów i zaczęli żyć według zasad
utopijnego (a zatem sztucznego) tworu, zamiast żyć na sposób uświęcony tradycją.
Jedyna droga w przód to wyjście ze ślepego zaułka, w którym się znaleźliśmy,
pójście w tył po śladach i powrócenie ku bardziej wymagającej, węższej ścieżce,
która, mocą rozkosznego boskiego paradoksu, prowadzi nas na przestronne miejsce
tradycji.
Zatem mój wniosek brzmi: sam szacunek (ang. reverence) to za mało. Dobre chęci
nie wystarczą. Postępowanie zgodnie z oficjalnymi księgami nie wystarczy. Jeśli
mamy być rzymskimi katolikami, jeśli mamy być dziedzicami i adresatami naszej
wiary, a nie prometejskimi neopelagianami, którzy kształtują ją według swojej
miary, jeśli mamy być naśladowcami Apostołów i wszystkich świętych, wejście w
tradycyjne lex orandi Kościoła jest w naszych czasach równie konieczne i równie
ważne [16]. Jeśli cokolwiek, to właśnie odkrycie na nowo bogatej,
wielowymiarowej, głębokiej, nierozmazanej symboliki i doktrynalnej pełni świętej
liturgii – owocu łagodnego unoszenia się Ducha Świętego nad wszystkimi wiekami
życia kościelnego – nabrało nowej i wyjątkowej konieczności, jako że dyktatura
relatywizmu zaciska na nas swe szpony w akcie zemsty. Nawet wewnątrz hierarchii
kościelnej są tacy, którzy przehandlują pierworództwo Ewangelii w zamian za
miskę współczesnej breji. Nie tak powinniśmy czynić: przywołajmy Chrystusa Króla
i tradycję Jego Kościoła ku pomocy.
Przychodzą mi tu na myśl słowa starożytnego męczennika św. Genezjusza: „Nie ma
innego króla poza Chrystusem i choćbym został zamordowany tysiąckroć za Niego,
nie wyrwiecie go z moich ust ni serca [17].” Dzielimy podobny pogląd na
tradycyjną liturgię. Jest to nasz uprzywilejowany dostęp do Chrystusa, który nam
się daje nie tylko poprzez otrzymanie Jego Ciała i Krwi do naszych ust, ale
także grzebiąc głęboko w naszych sercach skarb modlitwy Jego Kościoła. Tej
radości, tej perły drogocennej, tego przewspaniałego dziedzictwa nikt nie może
nam zabrać.
Dziękuję Państwu za uwagę.

Peter Kwasniewski
Źródło
Tłumaczenie: Marek Kormański



Przypisy:
[1] Oczywiście prawdą jest, że grunt pod Novus Ordo Missae był przygotowywany
przez kilka lat czy nawet dekad „wstrząsów”, takich jak nieuprawnione
wprowadzenie celebracji versus populum i stopniowa wernakularyzacja starej Mszy.
Jednak były to wciąż zewnętrzne (chociaż znaczące) zmiany, w porównaniu z
wypatroszeniem samego rytu i zastąpienie go potworkiem autorstwa Consilium,
który byłoby jeszcze bardziej ogołocony gdyby nie poprawki dokonane w ostatniej
chwili z polecenia papieża Pawła VI. Te poprawki, mimo iż zostały wniesione
nadal w duchu nowoczesności, przynajmniej zachowały coś z zewnętrznej struktury:
mam tu na myśli bezosobowe Confiteor, w którym zaniechano rozróżnienia na
kapłana i lud, a także pseudożydowskie offertorium.
[2] Zob. The organic development of the liturgy Alcuina Reida
[3] Angielskie słowo ancestor (przodek) pochodzi od łacińskiego antecessor.
[4] Bóg, którego czcimy, nie jest abstrakcją, ale rzeczywistością z krwi i
kości, którego Wcielenie jest mistycznie kontynuowane w czasie i przestrzeni.
[5] Bóg sam zapisuje siebie na tabliczkach naszych dusz za pomocą liturgii,
która jest ostateczna i aktywna, tak jak On. Sztuka ikony jest zasadniczo różna
od renesansowej i porenesansowej mentalności obecnej w większości dzieł sztuki
religijnej. Ikonopis nie pragnie przez swoją sztukę wyrazić siebie samego czy
nawet swojej kultury, narodu, miejsca czy czasu. Korzy się on, podążając za
sztywnymi kanonami, które mają na celu odtworzenie na drewnie i w jego duszy
osobistej rzeczywistości kontemplowanej świętej postaci, tak że gdy kończy,
efekt przyciąga odbiorcę bezpośrednio do tego świętego. Nawet jeśli ikony różnią
się nieznacznie, w zależności od tego, kto je pisał, nie są one podpisane, gdyż
jej celem jest oddanie czci Innemu. Ściśle uporządkowany proces pisania ikony
można porównać ze ściśle uporządkowanym procesem odprawiania liturgii: punktem
wyjścia jest tradycja istniejąca przed powstaniem Kościoła, punktem docelowym
jest bezpośredni kontakt ze Świętym. Między tymi punktami ludzie wykonują swoją
pracę tak dobrze jak potrafią, podporządkowując się jednak kanonom i celowi:
„schodzą z drogi”.
[6] Nie chodzi mi o to, że zapożyczanie neutralnych składników kultury i
nadawanie im chrześcijańskiego znaczenia czy kierunku nie ma sensu, gdyż widzimy
wysiłki wielkich misjonarzy, którzy próbowali przemówić do rdzennych ludów
poprzez selektywne zaadaptowanie niektórych ich zwyczajów i artefaktów. Jednak
taka inkulturacja z góry zakłada prawdziwość podstawowych założeń wiary
chrześcijańskiej i prawość jej katolickich wyrażeń, które działają jako aktywne
i użyźniające zasady dla tych, do których trafia słowo. Innymi słowy, prawdziwy
misjonarz przynosi rzymską czy bizantyńską liturgię pogańskiemu plemieniu i
nawraca ich na nią. Istniejący liturgiczny ryt jest solidną skałą na której
buduje się inkulturację, magnesem przyciągającym zwyczaje. O tych kwestiach
traktuje mój artykuł “Is ‘Contemporary’ Church Music a Good
Example of
Inculturation?”
[7] To porównanie dotyczące liturgii zaczerpnąłem od Joela Morehouse’a.
Morehouse pierwotnie wykorzystał to porównanie odnośnie wielkiego bogactwa
muzyki sakralnej, którą nazwał szkoleniem z zakresu Wielkich Ksiąg, do których
katolicy powinni rokrocznie powracać.
[8] Można się sprzeciwiać, mówiąc że liturgia nigdy nie jest
“doskonała”. Jednak
można coś uznać za doskonałe na dwa sposoby. Jedno znaczenie odnosi się tylko i
wyłącznie do liturgii niebiańskiej, która posiada znamię boskiej doskonałości.
Drugie odnosi się do organicznie rozwiniętej liturgii Kościoła na ziemi, która,
jako owoc działania Ducha Świętego (jak naucza Pius XII w Mediator Dei), posiada
swoją własną względną doskonałość i nie może być uznana za nieważną, szkodliwą
lub zepsutą. Natomiast teoretycy Novus Ordo, przede wszystkim Josef Jungmann SI,
zbudowali dwie fałszywe teorie: Teorię Zepsucia (głoszącą, że w pewnym
nieokreślonym momencie wczesnego średniowiecza liturgia zaczęła oddalać się od
swego pierwotnego, nieskazitelnego stanu i rozpoczął się proces zepsucia, który
na przestrzeni dziejów tylko się pogłębiał)  i Teorię Pastoralną (głoszącą, że
liturgia musi być przystosowana do mentalności i warunków każdej epoki i że
człowiek nowoczesny, będąc bezprecedensowo różnym od swych przodków, potrzebuje
zdecydowanie innej liturgii). Pierwsza skutkuje rozwojem antykwarianizmu czy
archeologizmu, natomiast druga nieustannym unowocześnianiem. Obydwie teorie są
fałszywe i należy je odrzucić, a ich jad należy usunąć z Mistycznego Ciała.
[9] Nowa Msza również jest ofiarą in se, jednak ta dogmatyczna prawda jest
przyćmiona na drodze fenomenologii przez model „braterstwa stołu”
obecny w nowym
rycie, który jest konsekwencją antropocentrycznego wypaczenia liturgii
polegającego na wszechobecnej nieformalności, horyzontalności i zeświecczeniu
rytu i który jeszcze bardziej owo wypaczenie pogłębia.
[10] Przychodzi tu na myśl uwaga Martina Mosebacha, który stwierdził, że problem
z nowym rytem polega na tym, że może być on odprawiany z czcią (proszę to
rozważyć). Joseph Ratzinger dochodzi do podobnego wniosku w swoim wnikliwym
eseju “Obraz świata i człowieka w liturgii i jego wyraz w muzyce
kościelnej”
zamieszczonym w Nowa pieśń dla Pana.
[11] Por. Hbr 13:8 „Jezus Chrystus wczoraj i dziś, ten sam także na
wieki.”
[12] Sobór trydencki, sesja 22, rozdział 4. W rozdziale 5 ojcowie soborowi
kontynuują: „Święta Matka Kościół (…) zastosował też różne obrzędy,
jak święte
błogosławieństwa, światła, okadzania, używanie szat i inne liczne tego rodzaju
rzeczy oparte na zarządzeniach i tradycjach apostolskich. Dzięki temu ma być
podkreślony majestat tak wielkiej ofiary, a dusze wiernych przez te widzialne
znaki religii i pobożności pobudzone do kontemplacji wzniosłych rzeczywistości
zawartych w tej ofierze.”
[13] To właśnie to, w przeciwieństwie do Novus Ordo, zdaje się przyciągać więcej
kobiet niż mężczyzn i podoba się bardziej współczesnym mieszkańcom Zachodu niż
tym, na których nie oddziałuje już  zachodnia nowoczesność.
[14] Zob. Peter Kwasniewski „The Reform of the Lectionary” w:
Liturgy in the
Twenty-First Century: Contemporary Issues and Perspectives, str. 287–320;
idem,
“Not Just More Scripture, But Different Scripture”, przedmowa do  Index
Lectionum: A Comparative Table of Readings for the Ordinary and Extraordinary
Forms of the Roman Rite, vii–xxix Matthew P. Hazella; idem, “The
Omission that
Haunts the Church—1 Corinthians 11:27-29”; “On the Inclusion
of 1 Corinthians
11:27-29 in the Ordinary Form” Matthew Hazella.
[15] Mianowicie dokładnie tymi błędami, które są potępione w Quanta Cura i
Syllabusie błędów Piusa IX, a także w wielkich encyklikach Leona XIII, Piusa X i
Piusa XI.
[16] Bez tej ciągłości w ortodoksji (oznaczającej zarówno prawowity kult oraz
prawowitą wiarę), grozi nam, iż zapragniemy wybrać lub stworzyć jakby nową
religię, która posiada pewne uroki starej, lecz skłania się w sposób otwarty
bądź subtelny w stronę modernizmu.
[17] Zob. tradycyjne Martyrologium Rzymskie z 25 sierpnia.



Serdecznie zapraszam do lektury
Marcin Dybowski
502 225 232