16 Maj 2018

Polacy na Wileńszczyźnie zwierają swoje szeregi w terenie aby korzystać z prawa międzynarodowego. „Bierzemy swój los w swoje ręce. Jest coraz więcej dwujęzyczności, coraz więcej napisów w języku polskim i mam nadzieję, że będzie ich jeszcze więcej” – mówi Waldemar Tomaszewski w rozmowie z Karolem Kaźmierczakiem.

Redaktor naszego portalu uczestniczył w Paradzie Polskości w Wilnie, która na hasło Związku Polaków na Litwie zgromadziła 5 maja kilkanaście tysięcy naszych rodaków z Wileńszczyzny. Bezpośrednio po marszu wywiadu naszemu dziennikarzowi udzielił Waldemar Tomaszewski, wieloletni lider Akcji Wyborczej Polaków na Litwie – Związku Chrześcijańskich Rodzin.

Karol Kaźmierczak: Rozmawiamy tuż po zakończeniu wielkiego marszu – Parady Polskości w Wilnie. Jak pan ocenia to wydarzenie?

Waldemar Tomaszewski: Jak najbardziej jako sukces. To było widać, słychać i czuć, jak określił to piosenkarz. Po pierwsze było bardzo wielu ludzi – kilkanaście tysięcy. Było bardzo kolorowo, wiele polskich atrybutów, barwy narodowe stroje ludowe. Co ważne było dużo dzieci i młodzieży. Udało się, bo Polacy na Wileńszczyźnie pokazali swoją jedność i solidarność, nasza siła była bardzo widoczna. Przepiękne nabożeństwo. Wszyscy ludzie nawet nie mogli zmieścić się na ogromnym placu, pełny był także Kościół Świętej Teresy znajdujący się obok. A później wspólne świętowanie. Takich polskich majówek odbywało się sześć, organizowanych przez wszystkie większe oddziały. Na jednej z nich, organizowanych przez oddział rejonu wileńskiego, właśnie się znajdujemy. Święto udało się jak najlepiej, dziękować Bogu. Dziękować ludziom.

K.K.: Jakie jest stanowisko Akcji Wyborczej Polaków na Litwie – Związku Chrześcijańskich Rodzin wobec obecnego rządu Litwy pod kierownictwem Sauliusa Skvernelisa? Nie dołączyliście do koalicji, ale jednocześnie nie przeszliście do zdecydowanej opozycji wobec niego.

W.T.: Obecny układ rządzący nie ma większości, bo ma w Sejmie 69 posłów na 141 miejsc. Byliśmy zapraszani kilkukrotnie do formowania koalicji rządzącej. Podeszliśmy do tego sceptycznie, bo mamy złe doświadczenia z poprzedniego razu, gdy byliśmy w koalicji rządzącej czterech partii [w latach 2012-2014 – przyp. K.K.] Niestety na naszej scenie politycznej wciąż brakuje solidności w dotrzymywaniu umów. Zatem staramy się nie wchodzić między te młyny. Staramy się zagospodarować swój dobry wynik wyborczy w inny sposób. Mamy ośmiu posłów i po prostu przy określonych sprawach programowych, przy głosowaniach stawiamy warunki. Nasze warunki programowe. I to po części się udaje. Popieramy również decyzje dobre dla ogółu mieszkańców naszego kraju.

K.K.: Na przykład jakie?

W.T.: Na przykład zwiększono znacząco wsparcie socjalne. Oczywiście za tym głosowaliśmy. Popieramy też projekty w sprawie przejrzystości finansowej, bo jesteśmy partią, która ma renomę najuczciwszej partii na Litwie. Wskazują na to nawet sondaże.

K.K.: Na Litwie od 2010 roku nie obowiązuje ustawa o mniejszościach narodowych. Obecnie projekt takiego aktu prawnego przygotowali socjaldemokraci. Są w nim między innymi zapisy o używaniu języka ojczystego mniejszości w rejonach zamieszkanych zwarcie przez ich przedstawicieli. Jaki jest wasz stosunek do tego projektu?

W.T.: To jest składanie projektów dla samego składania. Takie projekty były składane nie raz, nie dwa i nawet nie pięć. Nie gramy w te gry. Jeśli w końcu będzie głosowanie to poprzemy. Oczywiście ustawa o mniejszościach narodowych, jeśli byłaby uchwalona w tej wersji jaka obowiązywała do 2010 roku, to byłoby dobrze, ale nie wiadomo jaka będzie wersja po pracach litewskich posłów. Po drugie, jesteśmy sygnatariuszami konwencji ramowej Rady Europy o ochronie praw mniejszości narodowych, która bardzo wyraźnie broni naszych uprawnień, a konwencja jest przecież częścią składową naszego prawa. Litwa ratyfikowała tę konwencję w 2000 roku bez wyjątków. Musimy z tego korzystać. Zwieramy swoje szeregi w terenie aby korzystać z prawa międzynarodowego. Nie patrzymy więc już na te ciągłe składanie projektów, które jest grą pod publiczkę, ale bierzemy swój los w swoje ręce. Jest coraz więcej dwujęzyczności, coraz więcej napisów w języku polskim i mam nadzieję, że będzie ich jeszcze więcej. Siła naszej samoorganizacji może wpłynąć na rozwiązanie tych problemów bez czekania na czyjąś łaskę.

K.K.: W litewskim Sejmie pojawił się projekty mający teoretycznie rozwiązać problem pisowni nazwisk. Wiadomo jednak, że jest to projekt bardzo ograniczony bowiem umożliwia wprowadzenie do zapisu w dokumentach tylko trzech liter – q, x i w – z czego tak naprawdę w nazwiskach Polaków występuje tylko jedna z nich. Jak państwo zapatrujecie się na ten projekt? Czy jest to dobre rozwiązanie?

W.T.: Po części pan redaktor już sam odpowiedział na to pytanie. To jest element tej samej „zabawy”, o której powiedziałem wcześniej. Jedna litera, a dużo rozmów, dużo hałasu i nic z tego nie wynika. Jak będzie przyjęta to dobrze. Jak nie będzie, to nasza ludność poprzez sądy spróbuje dopiąć swego. Ja sam nawet w czasach sowieckich dbałem o swoje nazwisko. Na pewno jest też tak, że nie jest to sprawa numer jeden. Na pierwszym miejscu kwalifikujemy zwrot zagrabionej ojcowizny czyli reprywatyzację. Tutaj było i jest dużo nieuczciwości i w tym Polacy czują się dyskryminowani. W mieście Wilnie mniej niż połowa ziemi została odzyskana, choć reprywatyzacja została na Litwie praktycznie zakończona. Także szkolnictwo jest bardzo ważne. Tutaj w tym roku świętowaliśmy określone zwycięstwo. Mamy 36 gimnazjów z nauczaniem od pierwszej do dwunastej klasy, co stanowi 10 procent wszystkich gimnazjów na Litwie. Oczywiście to nie spadło z nieba. To jest sukces osiągnięty przez jedność, wiece, strajki, pikiety. W zamyśle litewskich reformatorów miało być tylko 13 polskich gimnazjów. W roku 2015 mieliśmy ich 26. Nie zaprzestaliśmy aktywnej pracy i dzisiaj mamy 36. Jednak ta ustawa sprawia też inne problemy. Wprowadzenie języka innego niż ojczysty do nauczania trzech przedmiotów – to jest wyraźny regres. Nauczanie języka litewskiego polskich uczniów na tych samych zasadach, na podstawie tego samego programu, który został przygotowany dla dzieci litewskich to jest znęcanie się nad naszymi dziećmi. Przychodzą do szkoły, nie rozumieją jeszcze języka, a muszą uczyć się według tego samego programu co Litwini, jako języka ojczystego. To wszystko trzeba zmienić i mocno na to naciskamy.

Zobacz także: Piękny i wielki marsz polskości – prof. Zapałowski o marszu Polaków w Wilnie

K.K.: AWPL-ZChR bardzo mocno kontestowała nowelizację ustawy oświatowej z 2011 roku przeforsowaną przez ministra Steponavičiusa. Czy nadal domagacie się jej anulowania?

W.T.: Tak. To jest stanowisko nie tyle naszej partii, co naszej ludności, które zdecydowanie popieramy. Same rady szkolne podejmowały decyzje, że powinno być inaczej. Rodzice mogą decydować czego chcą dla swoich dzieci, nie żyjemy w takim świecie, w którym odgórną ustawą Steponavičius czy inny polityk może narzucać co chce. To już nie te czasy. Dlatego w bardzo wielu szkołach nauczyciele działają po prostu według starej ustawy. I tu jest sytuacja patowa. W takiej sytuacji kluczem do sukcesu jest mocna samoorganizacja naszej społeczności. W tym kierunku pracujemy i temu służą między innymi takie imprezy jak dzisiejszy marsz.

K.K.: Rozmawiając z nauczycielami z tutejszych polskich szkół usłyszałem skargi na niską jakość wydawanych na Litwie podręczników w języku polskim, bądź ich niedobór. Czy władze podejmują jakieś kroki aby poprawić stan rzeczy w tej kwestii?

W.T.: Nie, nie podejmują działań, bo nie są zainteresowane poprawą. Chodzi właśnie o wepchnięcie do realizacji ustawy Steponavičiusa, tak aby nauczanie było realizowane w języku litewskim. Postulowaliśmy wobec władz Polski aby w tym okresie przejściowym drukować polskojęzyczne podręczniki dla naszych uczniów w Polsce. Oczywiście to nie jest obowiązek państwa polskiego, bo my tutaj płacimy podatki i te podręczniki powinny być tutaj drukowane, ale takie rozwiązanie postulujemy na okres przejściowy. Z obecną naganną sytuacją się nie zgadzamy. Polskie dzieci powinny uczyć się w języku ojczystym, a języka litewskiego powinny uczyć się na lekcjach języka litewskiego.

K.K.: Jak oceniacie obecny mechanizm finansowania szkół, wysokość tak zwanego „koszyczka ucznia”?

W.T.: Jest za niski, bo w polskich szkołach jest o 15 procent więcej przedmiotów. Jest pięć lekcji języka polskiego tygodniowo i za to trzeba płacić nauczycielom. Podręczniki są też droższe. Na pewno ten koszyczek jest niedostateczny. W Polsce jest on dla szkół mniejszości wyższy o 50 procent i jeszcze gminy dodają. U nas jest większy o 20 procent, z tego 6 procent idzie na nauczanie języka litewskiego. Nam nawet zabrano połowę z 10 procent wywalczonych przez nas w 2008 roku, po tym gdy byliśmy w Sejmie razem z panią Leokadią Poczykowską i poparliśmy rząd mniejszościowy w zamian za podwyższenie koszyczka ucznia. To się udało, ale potem rząd J. Kubilusa zabrał i do tej pory nie przywrócono finansowania mimo, że we wszystkich innych sferach powrócono już do poziomu finansowania sprzed kryzysu.

K.K.: Litewskie władze ogłosiły, że chcą zakończyć proces prywatyzacji od końca 2019 roku. Tymczasem nadal wiele osób z Wilna i rejonu wileńskiego czeka na realny zwrot swojej własności. Czy jest szansa na sprawiedliwość po latach?

W.T.: Dobrze, że jest taka deklaracja. Trudniej zacząć realizację. My składamy konkretne propozycje, które nie są na razie realizowane. Na terenie miasta Wilna funkcjonuje Instytut Nasiennictwa, który zajmuje 300 hektarów. To jest absurd, tu jest stolica, takie instytucje mogą rezydować na prowincji, tworzyć tam miejsca pracy, w ten sposób polityka regionalna byłaby wykonywana. Po prostu trzeba zaprojektować działki przynajmniej po 10-15 arów i zwrócić ludziom, którzy czekają w kolejce. A czeka w kolejce około 4 tysiące rodzin. Na razie ta sprawa nie rusza, ale pracujemy nad rozwiązaniem. Dobrze, że władze dostrzegają problem, bo jeszcze przed 10 laty nie dostrzegały.

K.K.: Rozmawiałem z samorządowcami rejonu solecznickiego o niskim poziomie inwestycji zagranicznych w tej zamieszkanej przez Polaków jednostce administracyjnej. Objaśniali, że decyzje o lokalizacji inwestycji zagranicznych należą całkowicie do kompetencji administracji rządowej. Czy nie jest to świadectwo zbyt daleko idącej centralizacji Litwy?

W.T.: Tak jest. Postulujemy decentralizację w swoim programie. Tylko 13 procent funduszy przechodzi na Litwie przez samorządy. To jest antyrekord w Unii Europejskiej. W innych państwach jest o wiele więcej. Przez to samorząd ma u nas ograniczone możliwości. Także pod względem kompetencji. Samorząd nie rozporządza nawet ziemią, nie reguluje spraw rolnych. Zatem nawet jeśli administracja samorządowa chce z własnych pieniędzy coś wybudować musi czekać na działkę od rządu. To jest absurd. Jest coraz więcej krytyków tego stanu rzeczy, zauważających, że to hamuje rozwój kraju. Nie ma mowy o bardzo owocnym pozyskiwaniu inwestycji przez samorządy, skoro one nie dysponują nawet ziemią.

K.K.: Rządy PiS doprowadziły do znacznej intensyfikacji relacji z Litwą. Politycy rządowi mówią wręcz o ociepleniu. Przedstawiają kolejne projekty pogłębionej współpracy między dwoma państwami. Czy to głośno reklamowane ocieplenie na poziomie stosunków międzyrządowych przyniosło jakieś korzyści dla społeczności Polaków na Litwie?

W.T.: Nie ma skutków natychmiastowych i my to rozumiemy. Na pewno te intensywne kontakty wprowadzają nową atmosferę, to jest pierwszy krok do rozstrzygania problemów i my odbieramy to pozytywnie. Oczywiście sygnalizujemy też jak te problemy należy rozstrzygać. To są realne propozycje, takie jak w przypadku podręczników szkolnych. Władze Polski przysłuchują się naszym postulatom i oczekujemy ich uwzględnienia. Ale jak mówiłem, przede wszystkim umacniamy własną samoorganizację, aby mocniej zabiegać o swoje sprawy.

K.K.: Czy poparcie ze strony polskich władz dla waszej samoorganizacji jest wystarczające?

W.T.: Ono jest na przyzwoitym poziomie i za to dziękujemy. Jednak zawsze można w niektórych kwestiach jeszcze wzmocnić to wsparcie. Natomiast na pewno nie można zmniejszać pomocy dla Polaków na Wileńszczyźnie jak to się stało z tzw. wyprawkami dla pierwszaków polskich szkół. Za poprzedniego rządu rodzina pierwszaka otrzymywała 1000 złotych, a ostatnio tylko 440.

K.K.: Jest pan deputowanym Parlamentu Europejskiego dlatego chciałbym poruszyć zagadnienie z zakresu polityki unijnej. Komisja Europejska uruchomiła w zeszłym roku procedurę, która grozi nałożeniem sankcji na Polskę, aż do zawieszenia jej w prawach państwa członkowskiego UE. Komisja uważa bowiem, że w Polsce łamana jest praworządność. Jak pan ocenia jej działania?

W.T.: Oczywiście są bezpodstawne, bo według traktatów to jest wewnętrzna sprawa państwa polskiego, jak stanowić swoje prawa. A prawo w Polsce stanowi Sejm. To jest czepianie się w imię jakichś innych celów, które trudno do końca zidentyfikować. Być może boją się jakichś nowych posunięć i większej organizacji krajów Grupy Wyszehradzkiej. Trudno mi to ocenić. W każdym razie ta procedura nie ma żadnych szans powodzenia, na pewno zostanie zawetowana, na pewno nie będzie jednomyślności i trzeba na to potrzeć spokojnie.

Rozmawiał Karol Kaźmierczak