10 Październik 2018 

Ujawniamy: Mobilizacja w niemieckiej ambasadzie z uwagi na wybory samorządowe w Polsce!

[Knut Abraham, w ambasadzie niemieckiej pełni podobną rolę, jak Johny Daniels w Polsce. A co ich łączy … pochodzenie – ad]

Po przegranej wyborczej Platformy Obywatelskiej w 2015 roku Niemcy stracili sporo wpływów w Polsce. Nie jest tajemnicą, że próbują je teraz odzyskać i wysadzić rząd PiS, tak aby wszystko było tak, jak było. Już jesienią zeszłego roku niemiecka minister obrony Ursula von der Leyen stwierdziła w publicznej niemieckiej telewizji, że należy „wspierać ruch oporu w Polsce” („Widerstand”), co skończyło się wezwaniem wojskowego attaché niemieckiej ambasady w Warszawie na dywanik do MON.

Wypowiedź minister nie była raczej spontanicznym pomysłem, tylko wypaplaniem tego, o czym niemiecki rząd dyskutuje za zamkniętymi drzwiami.

Jesienią będziemy mieli wybory samorządowe, a w następnym roku parlamentarne, na co Niemcy już się przygotowują. W dużej ambasadzie Niemiec w Warszawie, usytuowanej 300 metrów od siedziby Sejmu RP, już rezydują eksperci od outsourcingu kampanii wyborczych, którzy nie lubią, kiedy publikuje się ich fotografie. Co ciekawsze, w środku tego lata, kiedy wszyscy byli na wakacjach, Kanzleramt Merkel umieścił w Warszawie legata („Gesandter”), który będzie rządził w ambasadzie Niemiec obok ambasadora. Definicja legata wywodzi się z czasów rzymskich. Legatem był wysłannik cesarski, pełniący zwierzchnią władzę administracyjno-wojskową nad większym obszarem i podległy bezpośrednio cesarzowi. Czy powrócimy na łono cesarstwa, nawet jeżeli to odbędzie się bez naszej wiedzy i zgody?

Przywracanie kontroli

Bo przecież nie po to Niemcy przenieśli stolicę kraju z powrotem na wschód, z bukolicznego Bonn do ponurego Berlina, aby leżąca 80 km od Berlina Polska wymykała im się spod kontroli. Przez pierwsze 25 lat „naszej wolności” wszystko szło zgodnie z planem. Polską rządziły potulne ekipy, które oczekiwały tylko na poklepanie po plecach. Partia CDU prowadziła Platformę Obywatelską, a SPD lewicę. Donald Tusk jako premier dostawał prawie co rok medal lub nagrodę pieniężną od niemieckich fundacji, Radosław Sikorski wygłaszał płomienne przemówienia w Berlinie, apelując do Niemców o leadership, czyli o „prowadzenie” Europy (przemowa Sikorskiego została nazwana „hołdem berlińskim”), Władysław Bartoszewski chwalił „pojednanie”, a Lech Wałęsa deklarował wprost, że Polska i Niemcy powinny się połączyć. Polska była potulnym politycznym satelitą Berlina, tanią montownią dla niemieckiej gospodarki i dobrym rynkiem zbytu na niemieckie produkty, nie tylko na nowe samochody, ale nawet na stare czołgi Leopard 2A, które zawalały wcześniej magazyny Bundeswehry. Niemieckie konglomeraty medialne przejęły lwią część polskiego rynku prasy, radia i internetu (a koncern Bertelsmann próbował nawet kupić telewizję Polsat). Bundeswehra umieściła swoje pionki w Szczecinie w ramach tzw. Wielonarodowego Korpusu Północno-Wschodniego, który zastąpił wcześniejszy niemiecki korpus LANDJUT (jednostka niemiecko-duńska) działający w latach 1961–1999. No, ale w 2015 roku przyszedł PiS i wszystko zepsuł.

Niemcy szykowali się do przejęcia wiodącej roli w Polsce cierpliwie i systematycznie. Oprócz inwestycji w przemysł, media i zasoby ludzkie (poprzez kasę niemieckich fundacji) dokonali także spektakularnego rebrandingu, manipulując jak i kiedy można niewygodną dla nich historią XX wieku. I tak oto równocześnie z pojawianiem się regularnych wzmianek w niemieckiej prasie o „polskich obozach zagłady” rząd Niemiec kupił już w 1997 roku teren pod nową ambasadę w Warszawie, plasując ją w kwadracie zwycięzców II wojny światowej, na ulicy Jazdów 12, tuż obok ambasad USA, Francji, Kanady i Wielkiej Brytanii. Trzeba przyznać, że było to mistrzowskie zagranie. Biorąc pod uwagę fakt, że Polska i Polacy nie dostali żadnego odszkodowania od Niemiec za zniszczenia ludzkie i materialne podczas II wojny światowej (by nie wspomnieć o kompensacie za ból i cierpienia dziesiątków milionów Polaków) i to, że zbrodniarze wojenni, tacy jak np. „kat Woli” esesman Heinz Reinefahrt, piastowali spokojnie publiczne funkcje w Niemczech jeszcze w końcu lat 60., Niemcy powinni dzisiaj mieć ambasadę gdzieś na przedmieściu Warszawy, pomiędzy rzeźnią i cementownią, tak by zapach krwi i pył w oczach przypominał im każdego ranka o ogromie nieszczęść i zniszczeń. jakie sprowadzili na Polskę. Zamiast tego nowa ambasada Niemiec króluje w sąsiedztwie Sejmu RP, na terenie, który w czasie wojny był zarezerwowany dla Niemców i służył za obszar kwaterunku dla oficerów SS.

Jak to opisał portal bryla.pl: „Budynek i ogród oplatają się i tworzą istną promenade architecturale, rampa prowadzi do ogrodu na dachu. Stąd otwiera się widok na panoramę Warszawy i sztuczny krajobraz ogrodu ambasady”. A górowanie nad panoramą Warszawy jest ważną zaletą tej prestiżowej lokalizacji, pomimo że ambasada nie ma klimatyzacji (Niemcy chwalą się, że temperatury są regulowane naturalnie, poprzez ciągi powietrzne), na jej dachu można zauważyć różne dziwne obiekty, instalacje i domki. Wystarczy tylko wejść na Google. Ambasada ma dużą powierzchnię: 8335 mkw, z tego 3563 mkw to powierzchnia biurowa („Hauptnutzfläche”), a 4772 mkw to powierzchnia „inna” (korytarze, lokale techniczne itd.). Proporcje 54/46 pomiędzy powierzchnią „inną” i oficjalnie „biurową” pozwalają snuć różne domysły. Przypominam tutaj na marginesie, że polskie państwo od dekady nie jest w stanie ruszyć z budową nowej ambasady w Berlinie, na działce przy prestiżowym bulwarze Unter den Linden nieopodal Bramy Brandenburskiej i niedaleko ambasady USA. Działka stoi niezagospodarowana. Tak jakby komuś zależało, aby polska ambasada w Berlinie nie rzucała się za bardzo w oczy.

Stare aktywa

Oprócz dużej ambasady w Warszawie Niemcy mają także konsulaty ulokowane na „ziemiach utraconych”, czyli w Gdańsku, Poznaniu, Opolu i Wrocławiu. Dwa z nich (Wrocław i Gdańsk) zostały przejęte po „dyplomacji” NRD (czytaj: Stasi). Ciekawe czy wraz z informatorami?

W latach 1980-1990, kiedy w Polsce była aktywna antykomunistyczna opozycja, w ambasadzie NRD w Warszawie działała specjalna Grupa Operacyjna Warszawa (Operativgruppe Warschau), czyli polskie ramię Stasi. Ówcześni polscy tajni współpracownicy i informatorzy mogą wciąż działać w polskiej przestrzeni publicznej. Mieliby dzisiaj szacunkowo od 58 lat w górę. Konsulem Niemiec w Gdańsku jest Cornelia Pieper, była wiceminister spraw zagranicznych Niemiec w latach 2009-2013. Urodzona w byłym NRD, pani Pieper studiowała języki w Lipsku i Warszawie i w 1982 roku zdobyła dyplom tłumacza z polskiego i rosyjskiego. W latach 80. pełniła też funkcje partyjne w partii podłączanej pod reżim Honeckera, LPDP. Po reunifikacji pani Pieper odnalazła się z czasem w partii FDP, a w 2014 roku została konsulem generalnym w Gdańsku. Panią Pieper łączy ciepła znajomość z Markiem Prawdą, kierownikiem biura UE w Warszawie, a wcześniej ambasadorem Polski w Berlinie i Brukseli w czasach Platformy Obywatelskiej. W drugiej połowie lat 70., kiedy PRL opuszczali w misjach zagranicznych najsłynniejsi wizjonerzy, tacy jak Jan Wejchert, Jan Kulczyk czy Jerzy Starak, Marek Prawda wylądował na studiach „zarządzania” („Wirtschaftsstudium”) w Lipsku. Nie jest wykluczone, że Prawda i Pieper poznali się już na uniwersytecie w Lipsku, gdzie Polak studiujący „zarządzanie” mógł wywoływać zainteresowanie partyjnej funkcjonariuszki NRD, studiującej język polski. Zainteresowanie czysto zawodowe, w ramach wzmacniania niezłomnego sojuszu republik socjalistycznych. Studiowanie „zarządzania” w NRD przydało się Markowi Prawdzie, kiedy rząd PiS odsunął go z ambasady RP w Brukseli. Błyskawicznie Berlin zarządził przesuniecie go na odcinek polski, do biura UE w Warszawie. Z fachowców w „zarządzaniu” się nie rezygnuje.

Młodsi fachowcy

Oprócz pani Pieper niemiecka dyplomacja w Polsce dysponuje zasobami młodszych fachowców, takich jak np. Marco Gutekunst, zastępca naczelnika wydziału politycznego w Ambasadzie Niemiec w Warszawie, który doktoryzował się z outsourcingu kampanii wyborczych. Takie kompetencje będą bardzo przydatne w nadchodzącej próbie wyrwania Polski z rąk PiS podczas nadchodzących wyborów. Na razie pan Gutekunst zajmuje się pielęgnowaniem relacji z niemiecką mniejszością. Niedawno gościł w Opolu na zaproszenie posła mniejszości niemieckiej Ryszarda Galli. W nadchodzących wyborach samorządowych mniejszość niemiecka wystawi kandydatów w 34 opolskich gminach. Pan Gutekunst asystował także niemieckiemu ministrowi w spotkaniach z luteranami w Polsce. Wcześniej, przed oficjalną rekrutacją przez niemiecką dyplomację, pan Gutekunst spędził semestr na Uniwersytecie Koźmińskiego w Warszawie. Pan Gutekunst nie lubi reklamy. Kiedy wstawiłem na Twitterze jego zdjęcie z jego publicznego profilu na Facebooku, pan Gutekunst poskarżył się Twitterowi i moje konto było zablokowane, dopóki nie usunąłem zdjęcia pana Gutekunsta. A w międzyczasie jego konto na Facebooku znikło.

Dobry Niemiec

Ambasadorem Niemiec w Polsce jest od 2014 roku Rolf Nikiel, który pełni rolę tzw. „dobrego Niemca”, coś w rodzaju Jonny’ego Danielsa. Na YouTube można zobaczyć zabawne filmiki, na których pan Nikiel czyta z kartki, „dlaczego lubi Polskę”. Pan Nikiel zaczynał swoją karierę jako dyplomata w Ambasadzie RFN w Moskwie (1983-86) i zmienił na stanowisku w Warszawie Rüdigera Freiherra von Fritsch, który został ambasadorem Niemiec w Moskwie. Nie wiadomo, ilu pracowników zatrudnia ambasada, ze strony internetowej ambasady www.polen.diplo.de zniknęły też nazwiska szefów wydziałów ambasady. Pojawił się za to nowy legat („der Gesandte”) Knut Abraham, wysłany w lipcu do Warszawy z Bundeskanzleramtu Angeli Merkel, gdzie pracował jako kierownik działu. To dosyć intrygująca nominacja. Oficjalnie Abraham nosi tytuł ministra pełnomocnego, reprezentuje ambasadora i zarządza ambasadą. Po co aż dwóch wysokich rangą niemieckich dyplomatów w Warszawie, oddalonej tylko o godzinę lotu od Berlina (a do tego jeszcze wiceminister spraw zagranicznych jako konsul w Gdańsku)?

Nowy człowiek Merkel w Warszawie Knut Abraham to nie byle kto. Niemieckie państwo inwestowało w niego już od młodego. Po maturze w ramach wojskowej służby zasadniczej Abraham wylądował od razu w kwaterze NATO w Brukseli! Potem skończył studia prawnicze w Bonn i został płynnie asystentem prominentnego niemieckiego posła Otto von Habsburga, najstarszego syna ostatniego austriackiego Kaisera. Otto von Habsburg był też europosłem i Knut Abraham pracował dla niego w Brukseli. Następnie Abraham został wyszkolony na funkcjonariusza niemieckiego MSZ, gdzie pracował 18 lat przed przejściem w 2006 r. do Bundeskanzleramtu Merkel. Abraham jest także aktywnym działaczem partii CDU. Co ciekawe Abraham kierował też w końcu lat 80. zachodnioniemieckim Brüsewitz-Zentrum, którego celem, pod płaszczykiem pomocy humanitarnej, była reunifikacja Niemiec. Gdy się dokonała, w 1991 roku Abraham zrezygnował z kierowania centrum. Misja została wykonana.

Oddelegowanie do Warszawy w środku tegorocznej letniej upalnej ciszy tak doświadczonego speca jak Abraham nie może być jakąś przedwczesną emeryturą, tylko raczej nowym zadaniem operacyjnym. Jakie to może być zadanie operacyjne? Przypominam, że czerwcu tego roku austriacki dziennik „Der Standard” opublikował materiał wskazujący na prowadzenie przez niemiecki wywiad działań na szeroką skalę w Austrii, w latach 1999-2006. Władze Austrii żądają od Berlina wyjaśnień w tej sprawie. „Pomiędzy przyjaciółmi takie rzeczy nie powinny mieć miejsca” – skomentował te doniesienia kanclerz Austrii Sebastian Kurz (jak podała „Rzeczpospolita”). Na liście inwigilowanych przez niemiecki wywiad instytucji znalazła się też ambasada RP w Wiedniu. Nie pamiętam, aby polski rząd skomentował te doniesienia austriackiej prasy. Być może premier Mateusz Morawiecki był zbyt zajęty negocjacjami z izraelskimi bezpieczniakami warunków kapitulacji w sprawie ustawy o IPN. Ale może komentarz premiera Morawieckiego był zbyteczny. W odróżnieniu od Austriaków rząd PiS nie może uważać rządu Merkel za przyjaciela.

Za: warszawskagazeta.pl

——————————————————————–