10 Marzec 2019

Sympatyzujący z PiS portal przyznał, że Polska Agencja Inwestycji i Handlu (PAIH) współorganizuje wizyty w Wietnamie przedsiębiorcom, którzy ściągają stamtąd siłę roboczą.

O działaniach Zagranicznego Biura Handlowego PAIH w wietnamskim mieście Ho Chi Minh poinformował w sobotę portal wgospodarce.pl, powołując się na PAP. Dla agencji wypowiedział się szef tej placówki PAIH w Wietnamie Krzysztof Hajłasz. Ujawnił on, że państwowa instytucja organizuje wyjazdy delegacji przedsiębiorców do azjatyckiego państwa i wspiera ich w rekrutacji jego obywateli do pracy w Polsce. 

Biorąc pod uwagę, że Niemcy i inne kraje europejskie mają otworzyć się na Ukraińców, polskie firmy rekrutacyjne oraz polski przemysł i sektor prywatny chciały znaleźć pracowników w innych krajach” – portal cytuje wypowiedź Hajłasza. Jak ujawnił, wizyty polskich przedsiębiorców w Wietnamie doprowadziły już do zatrudnienia i ściągnięcia do Polski kilkuset Wietnamczyków. Hajłasz twierdzi, że przedsiębiorcy interesują się także ściąganiem pracowników z  Indii i Filipin, aleWietnam wydaje się najbardziej prawdopodobny, przynajmniej sądząc po reakcji firm, które do nas przyjechały”. Według urzędnika Wietnamczycy mają u polskich biznesmenów „dobrą renomę”.

Rząd PiS prowadzi najbardziej liberalną politykę imigracyjną w Europie co doprowadziło do tego, że w zeszłym roku Polska przyjęła najwięcej imigrantów spośród wszystkich państw Unii Europejskiej. Zdecydowaną większość z nich stanowili obywatele Ukrainy. Ponieważ instytucje państwowe mają problem z oszacowaniem liczby Ukraińców w Polsce nowatorską metodę wykorzystała firma zajmująca się badaniem preferencji użytkowników telefonów komórkowych. Z jej szacunków wynika, że w styczniu przebywało w Polsce co najmniej 1,27 mln Ukraińców.

Czytaj także: Na progu imigracyjnej katastrofy. Skończymy jak Niemcy, Francuzi i Brytyjczycy?
wgospodarce.pl/kresy.pl
Za: https://kresy.pl/wydarzenia/polska/panstwowa-agencja-pomaga-sciagac-imigrantow-z-wietnamu/
====================================================
 

2. PIS KŁAMIE – RZĄD ZUPEŁNIE NIE KONTROLUJE IMIGRACJI DO POLSKI

Jako były pracownik Urzędu do spraw Cudzoziemców decyduję się w interesie społecznym i pod nazwiskiem odsłonić przed opinią publiczną stan rzeczy, za który społeczeństwu polskiemu może przyjść zapłacić bardzo wysoką cenę – pisze Marcin Skalski.

Urząd do spraw Cudzoziemców w Warszawie – to od tej podległej Ministrowi Spraw Wewnętrznych instytucji w dużej mierze zależy przeprowadzanie postępowań legalizujących pobyt cudzoziemców w Polsce. Sytuacja panująca wewnątrz UdsC wskazuje, że polski rząd zupełnie nie kontroluje, kto przyjeżdża do naszego kraju i kim właściwie są cudzoziemcy żyjący coraz liczniej pośród nas.

Urząd na miarę naszych możliwości

Na wstępie należy zaznaczyć, że wszelkie podane informacje nie dotyczą jakości pracy czy też profesjonalizmu urzędników wykonujących swoje służbowe obowiązki w UdsC, albowiem tym nie sposób niczego zarzucić. Urzędnicy jednak są obarczani przez rząd PiS zadaniami, którym z przyczyn obiektywnych nie są w stanie sprostać. W ten sposób do Polski napływa niekontrolowana przez nikogo fala imigrantów. Ten stan rzeczy jest winą rządu i decyzji politycznej o wpuszczeniu migrantów, pracownicy UdsC nie mają na to żadnego wpływu.

Urząd do spraw Cudzoziemców jest centralną instytucją umieszczoną w Warszawie, drugą instancją (odwoławczą) wobec odpowiednich komórek zajmujących się pobytem w Polsce cudzoziemców w urzędach wojewódzkich. UdsC podlega ministrowi spraw wewnętrznych (ten zaś premierowi), zaś urzędy wojewódzkie – wojewodom, przedstawicielom premiera w każdym z województw. Proces przyjmowania imigrantów leży więc w całości w kompetencji rządu.

Do UdsC spływają zatem sprawy z całego kraju, które są odwołaniami od negatywnych decyzji wydanych przez wojewodów. Warto więc zaznaczyć, że opisywane w tekście zjawisko dotyczy wyłącznie przypadków cudzoziemców, którzy w urzędach wojewódzkich otrzymali odpowiedź odmowną, ale wciąż na podstawie zasady domniemania legalności pobytu mogą przebywać w Polsce do momentu rozpatrzenia sprawy przez instytucję odwoławczą – czyli Urząd do spraw Cudzoziemców właśnie. Jako były już pracownik tegoż Urzędu – a konkretnie Departamentu Legalizacji Pobytu – decyduję się w interesie społecznym i pod nazwiskiem odsłonić przed opinią publiczną stan rzeczy, za który społeczeństwu polskiemu może przyjść zapłacić bardzo wysoką cenę.

Zapłaci polski podatnik

Wedle Kodeksu Postępowania Administracyjnego, w przypadku decyzji administracyjnej – a taką jest udzielenie zgody na pobyt cudzoziemcowi – czas rozpatrzenia sprawy nie powinien przekraczać miesiąca. Tymczasem, w momencie wykonywania swoich obowiązków – a więc w okresie styczeń-marzec 2018 ­– część spraw z roku 2016 pozostawała nadal nierozpatrzona(!) Normą było, że sprawy z 2017 zalegały, bo nie było komu ich rozpatrzyć, najmniejszych szans na uzyskanie decyzji w ustawowym terminie jednego miesiąca nie mieli cudzoziemcy, którzy odwoływali się w roku 2018. W praktyce Urząd do spraw Cudzoziemców był obarczony takimi zadaniami, które uniemożliwiały stosowanie przepisów prawa(!).

Za powyższy stan rzeczy płacić będzie polski podatnik, albowiem interesant, czy też jego pełnomocnik, nie tylko może odwołać się od decyzji administracyjnej do sądu administracyjnego, ale też może ubiegać się o odszkodowanie za przewlekłość postępowania. I będzie miał rację. Tak rażące naruszanie Kodeksu Postępowania Administracyjnego – ciągnące się sprawy przez kilka lat, zamiast ustawowego (kodeksowego) terminu miesiąca – spowoduje zasądzanie odszkodowań na korzyść cudzoziemca na koszt Skarbu Państwa, czyli nas, podatników. Za polityczną decyzję obecnego rządu PiS o masowym wpuszczaniu imigrantów, przy jednoczesnym braku rozbudowy odpowiedniej infrastruktury mogącej tę imigrację obsłużyć, będziemy płacić my wszyscy.

Wielu cudzoziemców wynajmuje bowiem adwokatów w charakterze pełnomocników, adwokaci ci są opłacani za reprezentowanie interesów swoich klientów. W przypadku niemożności wyegzekwowania wydania decyzji administracyjnej w terminie miesiąca pełnomocnik taki będzie próbował to zrobić w sądzie i z takimi zapowiedziami ze strony pełnomocników spotykałem się jako pracownik Urzędu. Za to też – reprezentowanie interesów klienta-cudzoziemca – sam pobiera on wynagrodzenie, więc w interesie pełnomocnika będzie zasądzenie odszkodowania od Skarbu Państwa.

Legalna imigracja też jest niebezpieczna

Zarazem do momentu wydania ostatecznej decyzji, choćby odmownej, cudzoziemiec ma prawo przebywać w Polsce. Ma to miejsce na mocy wspomnianej zasady domniemania legalności pobytu. Między bajki można więc włożyć twierdzenia polityków PiS, że imigracja jest legalna, a więc pozostaje pod kontrolą. Jest to kłamstwo, a sytuacja wygląda dramatycznie. Poza kontrolą rządu jest nie tylko nielegalna, ale też legalna imigracja. W Polsce przebywają tysiące ludzi, którzy zostali negatywnie zweryfikowani w urzędach wojewódzkich, a mimo to mają prawo legalnie pozostać w Polsce – w teorii przez miesiąc, w praktyce od roku 2016 czy 2017 do teraz.Taki stan rzeczy w oczywisty sposób naraża społeczeństwo polskie na przebywanie wśród cudzoziemców, którzy mogą przez cały ten czas stwarzać zagrożenie dla Polaków i o których państwo nic nie wie, bo nie ma komu przejrzeć teczek z ich aktami sprawy.

Warto nadmienić, że opisywane wyżej zjawisko dotyczy tylko części imigracji. Nie mówimy bowiem o:

A) imigracji nielegalnej 

B) imigracji legalnej, uwzględniającej cudzoziemców z pozytywnymi decyzjami wydanymi przez urzędy wojewódzkie.

Realny rozmiar imigracji do Polski to dopiero zsumowanie punktów A), B) i C), gdzie C) to cudzoziemcy legalnie przebywający w Polsce w wyniku toczącego się postępowania odwoławczego. Podkreślmy więc raz jeszcze: rozmiary imigracji do Polski są tak duże, że nawet jej legalność przestaje być argumentem na rzecz jej kontrolowania pod kątem bezpieczeństwa. W Polsce realnie zmienia się struktura etniczna, więc nadanie jej pozorów legalności nie zmienia zupełnie nic pod kątem bezpieczeństwa. Politycy PiS kłamią, gdy mówią, że jest inaczej.

Kłamie na przykład poseł PiS Dominik Tarczyński, gdy w wywiadzie dla brytyjskiego Kanału 4 mówi, że „Polska jest bezpieczna, ponieważ nie przyjmuje nielegalnych imigrantów muzułmańskich”. Otóż, prawda jest taka, że Polska nie jest bezpieczna, dlatego że przyjmuje legalnych imigrantów muzułmańskich.

Z kolei maju 2017 roku w wywiadzie dla portalu Niezalezna.pl Jarosław Kaczyński przestrzegał przed zawrotną w jego opinii liczbą 1,2 miliona imigrantów w Polsce, tymczasem w wyniku działań jego partii te liczby z pewnością są znacznie większe.

Ten sam Jarosław Kaczyński cytowany również w maju 2017, cytowany przez serwis Dziennik.pl, mówił:

„Chodzi o to, żeby zmienić charakter kulturowy Europy. Polska jest akurat krajem, który jeszcze zachował ten tradycyjny charakter kulturowy. Nasza kultura funkcjonuje w tych ramach przy pewnych korektach i zmianach, które powstały w ewolucji naturalnej w ciągu ostatnich stuleci. To jest kwestionowane. I poprzez wprowadzenie emigrantów mamy do czynienia z taką sytuacją, w której to jest czy będzie podważane” – mówił lider PiS.

Nic dodać, nic ująć. To właśnie rząd PiS podważa tradycyjny charakter polskiej kultury, którego obronę tak skutecznie do tej pory imitował Kaczyński i jego partia. Dodajmy przy tym, że według raportu Najwyższej Izby Kontroli, do którego w marcu 2018 roku dotarł dziennikarz „Dziennika Gazety Prawnej”, państwo zupełnie straciło kontrolę nad imigracją do Polski.

CZYTAJ: Wnioski NIK: Polskie władze nie panują nad masową imigracją z Ukrainy 

Nielegalna imigracja do Polski jest faktem

Tymczasem, w samym Wrocławiu przedterminowane karty pobytu posiada 15 tysięcy cudzoziemców. Z kolei według strony Urzędu do spraw Cudzoziemców w 2018 roku wydano obcokrajowcom 195 831 pozwoleń na pobyt czasowy. W praktyce więc mamy do czynienia z sytuacją, w której statystyki dotyczące liczby wydanych zezwoleń kompletnie nie odzwierciedlają liczby imigrantów rzeczywiście przebywających w Polsce.

Jak wynika z oficjalnych danych rządowych, różne polskie urzędy (czyli nie tylko UdsC, ale też urzędy wojewódzkie) wydały łącznie blisko 344 tys. aktualnych pozwoleń na pobyt stały lub czasowy w Polsce. Tylko wojewoda mazowiecki wydał ponad 110 tys. takich pozwoleń. Przytaczane dane dotyczą roku bieżącego, ale pochodzą z maja, zatem z pewnością od tego momentu zwiększyła się nie tylko liczba pozwoleń, ale także liczba cudzoziemców, którzy nie opuścili Polski mimo upływu ważności dokumentu pozwalającego na pobyt. Mamy więc do czynienia z jednym wielkim oszustwem i nie chodzi tu  bynajmniej wyłącznie o postawienie fałszywego znaku równości między imigracją „legalną” a imigracją „bezpieczną”. Rząd PiS legalnie wpuszcza bowiem takie liczby imigrantów, iż możemy mówić o igraniu bezpieczeństwem Polaków. Ponadto, legalna imigracja nie wyczerpuje problemu zjawiska imigracji w Polsce, bowiem należy też mówić o imigracji nielegalnej – a ta ma miejsce na dużą skalę.

Co więcej, w samym Urzędzie do spraw Cudzoziemców nie da się ustalić, ilu jest w rzeczywistości obcokrajowców w Polsce. Mylące jest przy tym szacowanie liczby cudzoziemców jedynie na podstawie kart stałego bądź czasowego pobytu, bowiem wielu obcokrajowców przebywa w Polsce na podstawie wydanej wizy. Nie jest zresztą powiedziane, że:

A) posiadacz wizy wróci do swojego kraju po upływie terminu jej ważności

B) weryfikacja aplikującego o wizę cudzoziemca została przeprowadzona przez polskie służby rzetelnie i starannie

Punkt A) dotyczy zjawiska nielegalnej imigracji, o której politycy PiS nie chcą mówić, ponieważ przeczyłoby to ich tezie, że imigracja do Polski jest wyłącznie „legalna”, a więc rzekomo nie stwarza zagrożeń. Punkt B) jest o tyle istotny, że w obliczu lawinowego napływu cudzoziemców, nawet legalizacja ich pobytu jest przeprowadzana w sposób stwarzający niebezpieczeństwo dla rdzennej ludności Polski.

Polska wiza dla terrorysty

Nie mogą w związku z powyższym dziwić doniesienia, że masowe zainteresowanie pobytem w Polsce przejawiają obywatele Indii. Polskie placówki nie są przystosowane do taki wielkiej liczby interesantów, zatem nie nadążają z wystawianiem wiz, stąd też biorą się otwarcie formułowane zapowiedzi „uproszczenia” zasady pobytu czy też wydawania wiz obywatelom państw azjatyckich.

CZYTAJ: Ambasada RP w Indiach nie nadąża z wystawianiem wiz pracowniczych Azjatom

ZOBACZ: 30 tys. Hindusów chce pracować w Polsce. „Urzędnicy nie wyrabiają z wystawianiem wiz”

Warto wspomnieć, że niemożność zweryfikowania cudzoziemców otrzymujących polskie dokumenty potrafi kończyć się tragicznie. Polską wizę posiadał zamachowiec, który dokonał zamachu terrorystycznego w Szwecji, obywatel Uzbekistanu.

PATRZ: Islamski zamachowiec ze Sztokholmu miał polską wizę i pracował w Polsce

Tymczasem, rząd PiS nie ograniczył się do sprowadzania „bliskich kulturowo” imigrantów z Ukrainy, dla których uproszczony tryb zatrudniania zapowiadał w marcu 2018 roku minister inwestycji i rozwoju Jerzy Kwieciński. Według Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej dostrzegalny jest wyraźny wzrost zainteresowania azjatyckimi pracownikami wśród polskich przedsiębiorców. W pierwszych 6 miesiącach tego roku złożono rekordową liczbę wniosków o zezwolenie na pracę dla Nepalczyków (2034 wnioski), Hindusów (1373) i mieszkańców Bangladeszu (935). Łącznie, to 4342 wniosków, czyli o 341 więcej niż w całym poprzednim roku.  Ponadto, do pracy w Polsce ściągani są także obywatele Azerbejdżanu, Tadżykistanu, Uzbekistanu, a także Wietnamu, Filipin czy Chin. Szefowie dużych firm HR mniej lub bardziej bezpośrednio przyznają, że Ukraina została już „wydrenowana” i zaczyna się patrzeć na kraje azjatyckie.

CZYTAJ: „Migracja musi rosnąć i będzie rosnąć”. Rząd szykuje ułatwienia ws. zatrudniania Ukraińców

ZOBACZ: Ukraińcy to za mało – firmy chcą ściągać pracowników z Azji

Imigracja zwiększa „szarą strefę” i napędza przestępczość

Co więcej, rząd PiS nie uczy się na błędach i zaniedbaniach, które poczyniono w przypadku imigracji ukraińskiej. Po pierwsze, wbrew rządowej propagandzie, większość „bliskich kulturowo” Ukraińców wcale nie przyjeżdża do Polski „uczciwie pracować”. Jak informowała w marcu 2018 „Rzeczpospolita”, powołując się na rejestr prowadzony przez Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, 70% Ukraińców deklarujących podjęcie pracy w Polsce wcale tego nie czyni. Tylko w listopadzie 2017 roku w szarej strefie pracowało pół miliona Ukraińców. Kłamstwem jest więc twierdzenie, że Ukraińcy przyjeżdżają do Polski „uczciwie pracować”, ponieważ większość z nich podejmuje nieopodatkowaną pracę w sposób nielegalny, a więc nieuczciwy.

CZYTAJ: „Rz”: większość Ukraińców deklarujących pracę w Polsce znika po przekroczeniu polskiej granicy

Co więcej, już teraz imigracja ukraińska stwarza znaczne problemy nie tylko dla bezpieczeństwa ekonomicznego i socjalnego polskich rodzin, ale dla bezpieczeństwa fizycznego. Jak informowała we wrześniu 2018 „Rzeczpospolita”, w ciągu dwóch lat nastąpił lawinowy wzrost liczby ściganych listami gończymi obcokrajowców, którzy popełniają przestępstwa i wykroczenia, a przy tym nie płacą grzywien i są bezkarni. Według gazety, w zdecydowanej większości dotyczy to obywateli Ukrainy. Są poszukiwani do odbycia kary w polskich więzieniach, ale nie trafiają tam, bo uciekają za wschodnią granicę.

Najgorsze jednak przed nami, bo przecież równie dobrze mogą w ten sam sposób „znikać” w Polsce imigranci z krajów muzułmańskich, a o ich istnieniu dowiadywać się będziemy dopiero w tragicznych okolicznościach, tak jak Szwedzi dowiedzieli się swego czasu o uzbeckim imigrancie z polską wizą. Siedzimy jako naród na bombie podłożonej nam przez rząd PiS, który za priorytet obrał wzrost PKB jako jedyny i bezwzględny wyznacznik rozwoju gospodarczego. Lekceważona jest już nie tylko spójność kulturowa i etniczna, która jest – jak deklarował przecież sam Jarosław Kaczyński – wartością samą w sobie, lekką ręką drastycznie obniża się bezpieczeństwo obecnych i przyszłych pokoleń Polaków, którego nie są w stanie ochronić struktury państwa istniejącego tylko teoretycznie.

Polacy jako nawóz ekonomii

Należy w tym miejscu poruszyć także istotne zagadnienie kresowych Polaków, pozornie niezwiązane z tematyką imigracji. Wielu nie wierzyło przecież, że to właśnie „patriotyczny” rząd może tak otwarcie szkodzić własnym rodakom na Wschodzie, być obojętny wobec ich dramatycznego losu, szczuć na nich giedroyciowskich „ekspertów” i popadać w samozadowolenie po własnych deklaracjach lojalności wobec interesów krajów „wschodniej flanki”, jak Republika Litewska czy Ukraina – deklaracjach, dodajmy, tym gorliwszych, im bardziej państwa te wykazywały brak woli zadośćuczynienia polskim postulatom. Wielu chciało żyć w Matrixie bądź funkcjonować niejako obok tej problematyki, gdy posunięcia wobec kresowych Rodaków stawały się co raz bezczelniejsze.

Tymczasem, stosunek Prawa i Sprawiedliwości do Polaków na Kresach, oraz polityka „otwartych drzwi” dla masowej imigracji realizowana przez tę partię, to w rzeczywistości dwie strony tego samego medalu, jakim jest PiS-owskie rozumienie państwa i narodu. Podejście PiS-owskich ideologów i technokratów do problematyki narodu jest tak fanatyczne z jednej strony i tak protekcjonalne z drugiej, że nie należy się już łudzić. Polska, polskość, Polacy to dla rządzącej elity po pierwsze ona sama (to ona „robi Polskę”), a w dalszej kolejności bezosobowe instytucje państwa, wyabstrahowane od realnie istniejącego narodu, czego przykładem było wyłączenie kresowych Polaków poza nawias polskości. Da rządzących naszym krajem adeptów społecznej inżynierii, skład etniczny czy dominująca kultura zarządzanej przezeń ludności, nie jest ani istotnym problemem ani nawet kosztem. Jak kresowi Polacy mieli być nawozem Międzymorza, tak my teraz mamy być nawozem „wzrostu PKB”, który w myśl liberalnej dogmatyki jest wartością samą w sobie. Ten wulgarny ekonomizm liberalnych doktrynerów sytuuje się zresztą na przeciwległym biegunie wobec nauki społecznej Kościoła. W encyklice „Laborem excercens” papież Jan Paweł II pisał bowiem:

„W całości należy przypomnieć i stwierdzić, iż rodzina stanowi jeden z najważniejszych układów odniesienia, wedle których musi być kształtowany społeczno-etyczny porządek pracy ludzkiej […] Trzeci krąg wartości, który wyłania się w niniejszej perspektywie — w perspektywie podmiotu pracy — odnosi się do owego wielkiego społeczeństwa, do którego człowiek przynależy na podstawie szczególnych więzi kultury i historii. Społeczeństwo takie — chociażby nie osiągnęło jeszcze dojrzałej formy narodu — jest nie tylko wielkim, chociaż pośrednim „wychowawcą” każdego człowieka (każdy wszak wychowuje się w rodzinie na tych treściach i wartościach, jakie składają się na całość kultury danego narodu); jest ono także wielkim historycznym i społecznym wcieleniem pracy całych pokoleń. To wszystko sprawia, że człowiek swoją głębszą tożsamość ludzką łączy z przynależnością do narodu, swoją zaś pracę pojmuje także jako pomnożenie dobra wspólnego wypracowywanego przez jego rodaków” – czytamy.

Przekonujemy się w związku z powyższym, że w myśl nauczania Kościoła (hołdowanie któremu PiS wciąż skutecznie pozoruje), człowiek pracujący wytwarza dobra na rzecz gospodarki NARODOWEJ, zaś wzrost gospodarczy służyć ma KONKRETNEJ wspólnocie, a nie wzrostowi PKB kosztem istnienia samego narodu. Sprowadzanie imigrantów dla napędzania wzrostu gospodarczego jest więc z punktu widzenia katolickiej doktryny działalnością niegodziwą.

Dziś już jednak widzimy, że bezduszny technokratyzm speców od „rozwoju gospodarczego” pokroju premiera Morawieckiego z jednej i ideologiczny fanatyzm sierot po „wielokulturowej Rzeczypospolitej” z drugiej strony, może zakończyć się tragedią niejednej polskiej rodziny. Głos na PiS w jakichkolwiek wyborach to głos na niepewną przyszłość własną, własnych dzieci i wnuków. Czy tego właśnie chcemy?

Marcin Skalski – 8 Październik 2019
Za: https://kresy.pl/publicystyka/pis-klamie-rzad-zupelnie-nie-kontroluje-imigracji-do-polski/
——————————————————–
Yogi :

Im nie chodzi o wzrost PKB. Przecież widząc, co się dzieje w innych państwach można śmiało przewidzieć, jaki będzie skutek niekontrolowanego napływu imigrantów. Morawiecki wypowiedział się w studiu nagrań „Sowa i przyjaciele”, że wojna wszystko resetuje. Oni chcą wojny, zniknie kryzys ekonomiczny, przeludnienie, dlatego nie martwią się wpędzając nas w zadłużenie. 120 ton złota leży w Londynie, z czego 9 ton kupione latem tego roku. W razie czego “elyta” tradycyjnie spier###i za granicę zostawiając ten syf, którego naważyła i będzie dzielnie “wspierać” naród z bezpiecznej odległości. A muszą zadbać o swoją przyszłość w nowej rzeczywistości.