13 Kwiecień 2019

To bardzo łatwo przewidzieć. Sporo mówi nam na ten temat przyjęta niedawno rezolucja Parlamentu Europejskiego, która zajęła się priorytetowym traktowaniem środowisk LGBT i zawierająca cały wykaz działań, które w latach 2019-2024 pozwolą zapewnić dewiantom „szacunek” i „równouprawnienie”. Przez lata przećwiczyliśmy już, czym się kończą te z pozoru łagodne i niegroźne zapowiedzi. Po mieleniu na wszystkie sposoby haseł mówiących o zapewnieniu środowiskom LGBT równości i tolerancji dożyliśmy czasów afirmowania zboczeńców, bo przecież jak się nam wmawia są od nas bardziej wrażliwi, mają lepiej rozbudowane poczucie piękna, są inteligentniejsi, a wiec suma summarum lepsi i bardziej wartościowi. Co będzie dalej? Nie trzeba być wróżbitą czy wieszczem, aby przewidzieć, czemu służy mozolne dłubanie przy tak zwanym katalogu „przestępstw z nienawiści”. Jeżeli nadal będziemy tylko milczeli i wzruszali ramionami to już nie długo takim przestępstwem stanie się nauka Kościoła katolickiego na temat małżeństwa, rodziny i płciowości. To naprawdę tylko kwestia czasu, kiedy jakieś stado lewackich mędrców zawyrokuje, że głoszenie katolickiej nauki jest „językiem nienawiści” uderzającym w godność tęczowych zboczeńców oraz heroicznych kobiet, które legalnie dokonały aborcji.

Niestety lewackich dywersantów mamy także w łonie Kościoła. Oto jak na ostrą krytykę środowisk LGBT wyrażoną przez benedyktyna, o. Leona Knabita zareagował kapelan „Gazety Wyborczej”, ks. Wojciech Lemański. Na Facebooku bezczelnie odpowiedział sędziwemu zakonnikowi: „Ojcze Leonie. A może już czas odpocząć? Starość ma to do siebie, że u wielu przytępia wrażliwość”. Odnoszę wrażenie, że przywrócenie suspendowanego ks. Lemańskiego do posługi kapłańskiej było przemyślane i miało na celu reaktywowanie lewackiego harcownika operującego wewnątrz Kościoła. Na to wskazuje cała jego wznowiona szkodliwa aktywność oraz obojętne milczenie biskupów, Kamińskiego i Rysia, którzy Lemańskiemu szybko ten powrót umożliwili.

Dlatego proponuję nie poddawać się tej lewackiej tresurze i samemu przejść do ofensywy nazywając zagrożenia po imieniu. Musimy powrócić do słów i określeń, od których nas skutecznie odzwyczajono wymuszając posługiwanie się tą nieznośną orwellowską nowomową. Już samo wymuszenie na nas zmiany języka jest naszą porażką. Musimy w końcu przyjąć do wiadomości, że jesteśmy na dość dziwnej, ale jednak prawdziwej wojnie. W 1683 roku ocaliliśmy Europę przez zalewem islamu. W 1920 roku zatrzymaliśmy inwazję bolszewickich dzikich hord na Europę. Czy dzisiaj uda nam się uratować Stary Kontynent przed zalewem pałających nienawiścią zboczeńców, którzy stanowią dla neomarksistów proletariat zastępczy? Trwa wieli bój o nasze być, albo nie być, choć nie słychać wybuchów i wystrzałów.

Felieton opublikowany w „Warszawskiej Gazecie”

Mirosław Kokoszkiewicz  /  Kokos26

Źródło: Mirosław Kokoszkiewicz na FB , 12 kwietnia 2019.

Za: http://www.polishclub.org/2019/04/12/dyktatura-zboczencow/