10 Czerwiec 2019

Ale zemsta, choć leniwa, nagnała cię w nasze sieci” – mówi diabeł do Pana Twardowskiego w wierszu Adama Mickiewicz „Pani Twardowska”. W moim przypadku nie można nawet mówić o „zemście leniwej”, bo ma ona charakter niemal natychmiastowy. Wprawdzie minął ponad rok, jak wytykałem rządowi „dobrej zmiany” zagadkowe milczenie w sprawie ustawy 447 JUST, ale widocznie bezpieczniacy dokonywali przeglądu moich poczynań, gwoli wybrania jakiegoś, do którego mogliby się przyczepić i mnie pogrążyć. Przyspieszenie musiało nadejść, gdy ujawniłem treść notatki z rozmów z panem Tomaszem Yazdgerdim, jakie prowadził pan ambasador Jacek Chodorowicz. Wtedy nie tylko rząd „dobrej zmiany” został zmuszony do przerwania milczenia, ale w dezinformowaniu polskiej opinii publicznej otrzymał wsparcie od samej pani Żorżety Mosbacherowej, która przy innych okazjach bez ceregieli sztorcowała dygnitarzy naszego bantustanu. Skoro tedy zaczęła wydawać z siebie słowicze dźwięki, to nieomylny to znak, ze sprawa jest niezmiernie ważna, a polską opinię publiczną trzeba do ostatniej chwili usypiać i zwodzić. Ta samo radził pruskiemu królowi jego ambasador w Warszawie, włoski markiz Lucchesini: „Teraz, kiedy już mam w ręku tych ludzi i kiedy przyszłość Polski jedynie od naszych kombinacyj zawisła, kraj ten posłużyć może Waszej Królewskiej Mości za teatr wojny i zasłonę od wschodu dla Szląska, albo też będzie w ręku WKMości przedmiotem targu przy układach pokojowych. Cała sztuka z naszej strony jest w tem, aby ci ludzie niczego się nie domyślili i aby nie mogli przewidzieć, do jakich ustępstw będą zmuszeni w chwili, gdy WKMość za swe zasługi zażąda od nich wdzięczności.

Takich rzeczy nie robi się jednak bezkarnie, toteż jeszcze w kwietniu zadzwonił do mnie aspirat policji, wypytując, jak tam mi poszło z zakupem mieszkania i jaki jest stan mego zdrowia – bo dopytuje się o to jakiś życzliwy. Poinformowałem, że właśnie podpisałem stosowny akt notarialny, a jeśli chodzi o stan zdrowia, to prosiłbym o ujawnienie personaliów życzliwego, bo mam wrażenie, że przy pomocy policji chciałby uzyskać o mnie tak zwane dane wrażliwe. Sprawa mojego zdrowia, to sprawa między moim lekarzem, a mną i ani policji, ani życzliwym nic do tego. Policjant powiedział, że ujawnienie personaliów życzliwego nie będzie chyba możliwe, w związku z czym nabrałem już niemal pewności, że Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego nadzorowana przez pana Mariusza Kamińskiego, którego w swoim czasie „od stryczka” w pośpiechu odciął pan prezydent Andrzej Duda, po raz kolejny zaczyna robić mi, jak to się mówi – „koło pióra”, podobnie jak w roku 2012, kiedy to jakiś konfident, później skrupulatnie chroniony przez policję i prokuraturę, w ramach „Operacji Menora” wpuścił do sieci fałszywkę w postaci rzekomego mego zobowiązania do współpracy z SB. Śledztwo zostało umorzone z powodu niemożności skontaktowania się przez rok z administratorem holenderskiego serwera, z którym ja skontaktowałem się telefonicznie w ciągu minuty.

A teraz okazało się, że ta telefoniczna rozmowa z policjantem była wstępem do operacji zdyskredytowania mnie w oczach opinii publicznej. Rzecz w tym, że moja żona ma 50-metrowe mieszkanie przy ulicy Piekałkiewicza. Po 17 latach stało się ono dla nas i dwóch naszych córek za małe, w związku z tym chętnie skorzystałem z propozycji wprowadzenia się do ponad dwukrotnie większego mieszkania przy ulicy Dobrej z możliwością korzystania z niego aż do naszej śmierci. Ale po 10 latach okoliczności się zmieniły i zostałem postawiony przed koniecznością podjęcia decyzji – albo wykupię to mieszkanie, albo będę musiał się wyprowadzić. Gdyby to było 20 lat temu, to może bym się wyprowadził, ale teraz, kiedy nie wiem, jak długo będę jeszcze mógł zarabiać, wolałem spróbować wykupienia. W tym celu zwróciłem się z publicznym apelem do Czytelników o pomoc. Odpowiedziało nań ponad 10 tysięcy osób, dzięki czemu mogłem podpisać stosowny akt notarialny, a na jedną piątą ceny kupna wystawiłem weksel.

I oto 3 czerwca, kiedy zapłaciłem podatki od darowizn, zadzwonił do mnie ten sam policjant, proponując rozmowę. Kiedy zapytałem – o co chodzi, odpowiedział, że chodzi o mój stan majątkowy. Powiedziałem, że mam nadzieję, iż policja będzie stosowała się do przepisów prawa. Prawo zaś stanowi, że postępowanie karne wszczyna się w razie uzasadnionego podejrzenia popełnienia przestępstwa. Jeśli takie uzasadnione podejrzenie się pojawia, to ktoś musi być podejrzany o jego popełnienie, a jeśli policja, czy prokurator chce z nim rozmawiać, to ustawa nakazuje przysłać mu wezwanie na piśmie, z numerem sprawy i zaznaczeniem, o jakie przestępstwo adresat wezwania jest podejrzany – a jeśli nie jest podejrzanym a tylko np. świadkiem – to w tym wezwaniu trzeba wyraźnie zaznaczyć, w jakim charakterze ma być przesłuchany: podejrzanego, czy świadka. To jest bardzo istotne, bo podejrzany może odmówić wszelkich wyjaśnień, albo kłamać w żywe oczy, podczas gdy świadek kłamać nie może, ale może albo odmówić zeznań, jeśli podejrzanym jest osoba mu bliska, albo odmówić odpowiedzi na poszczególne pytania, jeśli udzielenie odpowiedzi mógłby jego samego narazić na odpowiedzialność karną. Świadek nie musi też opisywać przesłuchującemu, w jaki sposób odpowiedź na takie pytanie mogłaby narazić go na odpowiedzialność karną, a tylko powiedzieć: odmawiam odpowiedzi. Tak w swoim czasie, jeszcze za komuny, zdecydował Sąd Najwyższy i o tym wszystkim można było przeczytać w „Małym konspiratorze” który jeszcze w latach 70-tych napisał Czesław Bielecki pod pseudonimem Maciej Poleski. Oczywiście bezpieczniacy w nosie mieli przepisy kodeksu postępowania karnego i jeśli nawet – co było rzadkością – wysyłali swoim ofiarom wezwania na piśmie, to z reguły wypisywali tam, że wzywają obywatela „w sprawie urzędowej”, co w ich mniemaniu miało nadawać temu pozory legalności.

Ciekawe, że mimo sławnej transformacji ustrojowej i czterech lat rządów „dobrej zmiany”, obyczaje utrwalone w okresie pierwszej komuny nadal są aktualne w tak zwanych „organach” i to nie tylko wtedy, gdy – tak, jak w roku 2012 – rządzi obóz zdrady i zaprzaństwa, ale i teraz, za rządów płomiennych dzierżawców monopolu na patriotyzm. Objawiło się to między innymi w postaci wizyty umundurowanego policjanta w towarzystwie jakiegoś aroganckiego cywila, który pokrzykiwał na lokatora mieszkania przy ul. Piekałkiewicza i domagał się numeru mojego telefonu, który policjantowi był przecież dobrze znany. Zatem znowu Abewiaki – tym razem pragną ukarać mnie za zbrodnię ujawnienia dokumentu nie opatrzonego klauzulą tajności, no i w ogóle – za brak wiary w Naczelnika Państwa, co jest już bardzo podobne do praktyk przedwojennej sanacji, którą rząd „dobrej zmiany” szczególnie sobie upodobał.

Stanisław Michalkiewicz – Felieton    tygodnik „Najwyższy Czas!”    11 czerwca 2019

Za: http://www.michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=4488

——————————————————————-