17 Listopad 2019

Czy Paweł VI miał prawo ingerować w liturgię Mszy Świętej?

Źródło: arscelebrandi.pl/

– Nie mogę zrozumieć jednego: w jaki sposób Paweł VI mógł sądzić, że zmiana liturgii, której dokonał – a  warto pamiętać, że chociaż formalnie papież nie zakazał wtedy odprawiania dawnej mszy, to faktycznie robił wszystko, by to uniemożliwić i by wiernym wydawało się, że jest ona już nieaktualna – nie pociągnie za sobą buntu i odrzucenia w ogóle autorytetu papieskiego. Autorytet papieża wyrasta z Tradycji, na niej jest oparty, w niej zakorzeniony. Doskonale pokazał to Roberto de Mattei w książce Apologia Tradycji. Jeśli zatem papież uznaje, że stoi ponad Tradycją – a tak można było odbierać jego decyzję o reformach liturgicznych – to w konsekwencji podcina korzenie swojej władzy – mówi Paweł Lisicki (redaktor naczelny tygodnika „Do Rzeczy”) w rozmowie z Tomaszem D. Kolankiem. 

26 kwietnia 2014 roku, na dzień przed uroczystą kanonizacją papieży Jana Pawła II i Jana XXIII wziąłem udział w wieczornej Mszy Świętej na Piazza Navona zorganizowanej dla dziesiątek tysięcy polskich pielgrzymów, którzy przybyli wówczas do Rzymu. Były tańce, były śpiewy, była dobra zabawa, czyli coś, co jeszcze wówczas wydawało mi się czymś normalnym w trakcie sprawowania Eucharystii.

Po zakończeniu modlitwy udałem się na spacer, w trakcie którego trafiłem do innego kościoła, w którym trwała Msza Święta dla kilkuset pielgrzymów z Francji. Nie było na niej tańców. Nie było dobrej zabawy. Były za to niemożliwe do opisania powaga i majestat, jaki wszyscy obecni poczuli dzięki kapłanom sprawującym Najświętszą Ofiarę.

Te dwa kościoły dzieliło od siebie około 500 metrów. W jednym jednak, jak powiedziałem, trwało coś, co miało więcej wspólnego z imprezą niż Mszą Świętą. W drugim zaś poczułem się po prostu przygnieciony wspaniałością, monumentalizmem i powagą, jakich doświadczyłem.

Powiem szczerze: wtedy właśnie – 26 kwietnia 2014 roku – zrozumiałem, że coś jest nie tak, a ja sam nie chcę brać udziału w Mszy, podczas której organista jest zastępowany przez pewien zespół, którego wokalista krzyczy: „Głośniej, chcę Was usłyszeć”…

Pozwolę sobie jednak zapytać, być może lekko prowokacyjnie, ale jednak śmiertelnie poważnie – który z opisanych przeze mnie sposobów sprawowania Mszy Świętej jest, mówiąc kolokwialnie, lepszy – ten pierwszy z tańcem i śpiewem czy ten drugi – w skupieniu i bez zabawy?

Druga sprawa: Jak doszło do tego, że dzisiaj w wielu miejscach bardziej preferowana tak przez kapłanów, jak i przez wiernych jest Msza Święta będąca w rzeczywistości bardziej przedstawieniem i spektaklem niż oddaniem czci Bogu w Trójcy Przenajświętszemu? Czy byłby Pan w stanie wskazać jakiś przełomowy moment, w którym doszło, że tak to nazwę, do „transformacji” Mszy Świętej? I nie mam tu na myśli zmiany Forma extraordinaria na Novus Ordo Missae.

Myślę, że to, co Pan powiedział, to pytanie retoryczne. Dobra zabawa i Msza to zupełnie inne rzeczy, więc sam Pan sobie odpowiedział.

Ja zaś mogę powiedzieć w takim razie o swoim odkryciu znaczenia reform liturgicznych. W 1996 roku wyjechałem na kilka miesięcy do Wiednia, dostałem tam stypendium i jednocześnie pracowałem jako korespondent „Rzeczpospolitej”. Pierwszej niedzieli poszedłem na mszę do najbliższego kościoła, blisko akademika, gdzie mieszkałem. I to był szok. Szczerze mówiąc wcześniej problemy liturgii, zmiany, reformy – w ogóle się tym nie przejmowałem, nie martwiłem. Przyjmowałem, że msza, w której od dziecka uczestniczyłem, dziś byśmy powiedzieli msza w nowym rycie, jest jedyną, tradycyjną, powszechną, taką, jaka zawsze była. Owszem, słyszałem, że wcześniej odprawiano ją inaczej – po łacinie, tyłem do ludzi – ale żyłem w przeświadczeniu, że to ta sama katolicka msza, że zmiany były niewielkie. Z całym przekonaniem twierdziłem, że wszystko było jak wcześniej. Gdyby ktoś zaczął wtedy to podważać i powątpiewać, uznałbym to za dziwactwo, za sekciarstwo.

W kościele w Wiedniu najpierw zaskoczyło mnie kazanie, z którego wynikało, że Bóg musi być wdzięczny, że przyszedłem na mszę. Bo przecież wierni mogli się w ogóle nie pojawić, nieprawdaż? Potem dziwna atmosfera: ni to pikniku, ni to zabawy. Uderzał mnie brak powagi, skupienia, ciszy. Jednak w Polsce msze odprawiano inaczej, wciąż ważna była cześć, cisza, skupienie. Najgorsze jednak było przede mną, czyli komunia święta, którą rozdawały kobiety, a wierni, bez żadnych oznak szacunku po prostu podchodzili i brali w ręce Ciało Chrystusa.

Straszne… Muszę podziękować Panu Bogu, że oszczędził mi uczestnictwa w takiej hucpie.

Poprzysiągłem sobie, że moja noga tam więcej nie postoi. I zacząłem szukać innego kościoła. Początkowo myślałem, żeby znaleźć parafię polską, ale przypadkiem, spacerując któregoś dnia po starym mieście, trafiłem do kościoła św. Piotra. Przepiękny barokowy klejnot. Trafiłem na mszę świętą po łacinie i tak mi się spodobało, że postanowiłem chodzić tam w niedzielę regularnie. Od tej pory przychodziłem w niedziele tylko tam. Była to, jak potem się dowiedziałem, msza odprawiana po łacinie, ale w nowym rycie – wtedy jak mówię jeszcze te rozróżnienia nie były dla mnie jasne. Ważne było co innego: cisza, majestatyczność, postawa pobożności, skupienie się na Bogu, doświadczenie tajemnicy. A także, za sprawą łaciny, poczułem to wręcz dotykalnie, jak rozbłysk światła w ciemności, jedność, bliskość ze wszystkimi pokoleniami katolików. Sam w sobie dźwięk łaciny wydobywał mnie z tego zgiełku, ze współczesności i wyrzucał ku temu, co wieczne.

Pamiętam swoją pierwszą myśl: jak można było zgubić takie bogactwo? Kto to roztrwonił? Jak to możliwe, żebym ja, choć od zawsze interesowałem się kwestiami religii, teologii, filozofii, nigdy wcześniej nie był na tak wspaniałej mszy? Od tamtej pory zacząłem szukać i pytać: co się stało z mszą? Czy faktycznie te zmiany, które wcześniej uważałem za mało znaczące, były takimi? Zacząłem badać czym się różni stara msza od nowej, jakie były powody zmiany. Czy to było uzasadnione? Po raz pierwszy utraciłem pewność, powiedzmy tak, zaufanie, co do słuszności reform soborowych. Jak mogły doprowadzić do takiego zeświecczenia?

Pyta pan: „Jak doszło do tego, że dzisiaj w wielu miejscach bardziej preferowana tak przez kapłanów, jak i przez wiernych jest Msza Święta będąca w rzeczywistości bardziej przedstawieniem i spektaklem niż oddaniem czci Bogu w Trójcy Przenajświętszemu? Czy byłby Pan w stanie wskazać jakiś przełomowy moment, w którym doszło, że tak to nazwę, do transformacji Mszy Świętej? I nie mam tu na myśli zmiany Forma extraordinaria na Novus Ordo Missae”. Powtórzyłem te słowa, bo to ważne. Widzi Pan, właśnie nie możemy abstrahować od „zmiany Forma extraordinaria na Novus Ordo Missae”.

 Odniosłem wrażenie, że Pan instynktownie ucieka przed dyskusją o tej zmianie i szuka pytania o to, kiedy doszło do, najkrócej mówiąc, sekularyzacji mszy. Otóż odpowiedź tkwi w punkcie, który chce Pan pominąć.

Proszę mi wierzyć, nie to było moją intencją i nie chcę niczego pomijać, ponieważ uczestniczyłem w setkach, jeśli nie tysiącach Novus Ordo Missae odprawionych w sposób majestatyczny i podniosły, bez tańców i zabaw. Niestety w ostatnich latach widzę wyraźną zmianę i coraz większe „cudactwa”, z czym nie mogę się pogodzić. Przepraszam za to wtrącenie, proszę kontynuować.

Rozumiem, dziękuję za wyjaśnienie. To co Pan teraz nazywa Forma extraordinaria to po prostu msza w swoim tradycyjnym, rzymskim, klasycznym, powiedzmy, trydenckim rycie. To msza zatwierdzona do użytku na wieczne czasy przez papieża Piusa V, msza, której bronili ojcowie Soboru Trydenckiego, msza, której najważniejsze części, jak Kanon, sięgają pierwszych wieków Kościoła. To msza, w której uczestniczyły wszystkie pokolenia chrześcijan Zachodu do czasu buntu Lutra, a później wszystkie pokolenia rzymskich katolików aż do lat 60. XX wieku. Śmiało można powiedzieć, była to msza wszystkich pokoleń polskich katolików od chwili chrztu Polski. W takiej mszy uczestniczyli moi i Pańscy przodkowie przez wieki.

Otóż twierdzę, że jeśli szukamy przełomowego „momentu”, kiedy to msza zaczęła tracić charakter sakralny, to jest nim 1969 rok i wprowadzenie Novus Ordo Missae przez Pawła VI. Tak, im więcej o tym myślałem, tym bardziej dochodziłem do przekonania, że ta zmiana była błędem. O tym, że była ona katastrofą z punktu widzenia ciągłości pamięci, tożsamości wspólnoty katolickiej, doskonale i dużo mówił kardynał Józef Ratzinger – wspominałem o tym. Ale trzeba iść dalej. Ta zmiana była jak wybuch wulkanu albo trzęsienie ziemi, po którym następują kolejne, wtórne wstrząsy. Albo tsunami.

Musiała ona przynieść dokładnie to, o czym mówił Pan w pytaniu: coraz bardziej śmiałe, zuchwałe i dziwaczne pomysły, unowocześnienia, uatrakcyjnienia, coraz większą banalizację, uproszczenie, coraz szybsze zeświecczenie. To jest wpisane w samą istotę: jeśli Msza stała się już nie tylko bezkrwawą ofiarą składaną Bogu w imieniu ludu przez kapłana, ale w takiej samej mierze ucztą i posiłkiem, zgromadzeniem ludu, to zachwianiu uległa jej podstawowa struktura, jej teocentryczny charakter, ścisłe zogniskowanie się na sprawach Bożych. Dlatego kolejne parafie i kościoły zaczęły coraz śmielej eksperymentować. A to śpiewy, a to tańce, a to show, a to cukierki, a to latające samolociki. Inwencja ludzka jest nieskończona.

A skoro otaczająca nas kultura, cywilizacja, w której żyjemy, dostarcza coraz nowych bodźców i  nowych atrakcji, księża ze swoja „ofertą” pozostają zawsze w tyle. Zawsze są nie dość cool. Widziałem to potem w wielu innych kościołach. Inflacja pomysłów i atrakcji, ciągłe poszukiwanie atmosfery bliskości, wspólnotowości. Wszystko na darmo. To tak jakby tonący wierzył, że ciągnąc się za włosy wyjdzie z wody na brzeg.

Wprowadzając zmiany Paweł VI nie tylko na nowo określił sens mszy – swoją drogą dopiero wskutek krytyki w słynnym liście dwóch kardynałów, Bacciego i Ottavianiego autorzy reform przypomnieli sobie, że msza to bezkrwawa ofiara Chrystusa – ale też dał wyraźny znak, że nic co odziedziczone nie musi być zachowane. Otworzył drogę do wszystkich dalszych zmian i eksperymentów. Nagle to co było wolne od błędu i święte mogło zostać zmienione. Już nie obowiązywało. Dla katolików do tej pory nowość była zawsze czymś podejrzanym, a ostoją i nienaruszalnym punktem stałości wiary była święta liturgia. Niezmienna, nienaruszalna. Święta Teresa z Avila kiedyś napisała, że w obronie jednego słowa Mszy gotowa jest oddać życie. A tu papież nie tylko zmienił jedno słowo, ale – wprowadzając trzy nowe modlitwy eucharystyczne – faktycznie zastąpił to, co niezastępowalne. Wszystkie badania pokazują, że bardzo niewielu księży wybiera obecnie pierwszą modlitwę eucharystyczną, czyli posługuje się dawnym kanonem rzymskim.

A teraz drobna dygresja historyczna. Przypomnę co na temat kanonu uroczyście nauczał Sobór Trydencki w rozdziale o kanonie mszy: „Ponieważ rzeczy święte przystoi święcie sprawować, a ofiara [mszy] jest ze wszystkich najświętsza, Kościół katolicki przed wielu wiekami ustanowił święty kanon, tak dalece wolny od wszelkiego błędu, że nie zawiera niczego, co by jak najbardziej nie tchnęło świętością i pobożnością i nie wznosiło ku Bogu umysłów ludzi składających Ofiarę”.

Do tej pozytywnej nauki ojcowie w Trydencie dołączyli anatemę: „Gdyby ktoś mówił, że kanon mszy zawiera błędy i dlatego należy go znieść – niech będzie wyklęty”. Widzi pan tę sztuczkę? Sobór Trydencki uroczyście ogłosił, że Kanon rzymski nie zawiera żadnych błędów i jest najświętszą formą modlitwy, przez wieki Kościół tak nauczał, przez wieki w jego obronie święci gotowi byli przelewać krew i nagle, od lat 70. XX wieku kanon faktycznie znika. To znaczy jest zostawiony na szczególne okazje, jak stary eksponat w muzeum, który zawsze można wyciągnąć. Jest, ale go nie ma. Nie, nie został formalnie zniesiony, niby wciąż obowiązuje, ale faktycznie się go nie używa. Zdecydowana większość katolików nigdy nie uczestniczyła w mszy, w której kanon jest odprawiany.

„Majstersztyk”…

Prawda? Formalne poszerzenie opcji – zamiast jednej „modlitwy eucharystycznej” są teraz cztery –  doprowadziło do tego, że pierwsza, ta uświęcona Tradycją i obwołana najświętszą i bezbłędną – zniknęła. Zresztą, nawet ów niezmienny i wolny od błędów Kanon został lekko podrasowany. A zniknęła, bo właśnie w Kanonie znajdują się treści, które tak bardzo kłócą się ze współczesną mentalnością ekumeniczno-modernistyczną. Już na początku kapłan mówi, że ofiara składana jest za „wszystkich, którzy wiernie strzegą wiary katolickiej i apostolskiej”. Ależ nieekumenicznie, nieprawdaż?

Co gorsza, w Kanonie wspomina się o groźbie piekła i zatracenia: ludzie, składają ofiarę za odkupienie dusz swoich, w nadziei zbawienia i ocalenia swego, „oddając dary swoje, Tobie, Bogu wiecznemu, żywemu i prawdziwemu”.

A dalej jest jeszcze gorzej: mówi się o zasługach świętych, o tym, że ich pośrednictwo przyczynia się do naszego zbawienia, wreszcie, to prawdziwy skandal, pada prośba o to, by wskutek tej ofiary, „Bóg wybawił nas od wiecznego potępienia i zaliczył do grona wybranych”.  Co gorsza, Kanon podkreśla historyczną ciągłość pamięci Kościoła, wymieniając obok apostołów świętych i pierwszych papieży wspólnoty rzymskiej: Linusa, Kleta itd.

Czy wierni zrozumieli, o co w rzeczywistości chodzi?

Oczywiście! Przecież ludzie nie są idiotami! To co Kościół wprowadził jako reformę oznaczało nie tylko ułatwienie i zrozumiałość tekstu – hasła, pod którymi była wprowadzana – ale zatarcie i zakwestionowanie tych nauk, które wcześniej były wyraźnie i jasno obecne: tego, że msza jest ofiarą przebłagalną, że dzięki niej wierny został zachowany od piekła i potępienia, że istnieje wstawiennictwo świętych, że istnieje więź między żywymi i zmarłymi, że istnieje jedność Kościoła na całej ziemi z Kościołem rzymskim, że wreszcie wierne wyznawanie wiary katolickiej i apostolskiej jest warunkiem zbawienia.

Co więc zrobili wierni?

Jak to co? Opuścili kościoły. Doskonale pokazują to statystyki: gwałtowne załamanie uczestnictwa we mszach świętych przychodzi tuż po zakończeniu Soboru i apogeum osiąga po wprowadzeniu reformy liturgicznej Pawła VI. Zastanawiam się, jak to rozumieć. Jeśli najważniejszym prawem Kościoła jest troska o zbawienie dusz i jeśli zbawienie to zależy od wiary, od udziału we mszy, to czy można sobie wyobrazić większe naruszenie tego prawa niż działanie papieża? Czyż swoją reformą nie odepchnął od Kościoła setek tysięcy, ba, milionów wiernych? Czy nie naraził ich zbawienia? Nie wystawił tych wszystkich dusz, które widząc zmianę zwątpiły, na ryzyko zatracenia?

Tak, wiem, inne były intencje, inne oczekiwania, ale co mnie to tak naprawdę obchodzi?

Widzę wyraźnie przyczynę – wprowadzenie reformy i skutek – masowe porzucenie wiary, zwątpienie, rezygnację z praktyk religijnych. A potem widzę jeszcze jedno: kompletny brak odpowiedzialności za błędy. W swoim Raporcie o stanie wiary kardynał Józef Ratzinger mówi bardzo mocno o tym, jak oczekiwania na odrodzenie wiary, na nową wiosnę spełzły na niczym. Ma rację.

Czy ktoś poniósł z tego powodu konsekwencje?

Wie Pan, od 2006 roku tak się złożyło, że ciągle jestem redaktorem naczelnym – najpierw „Rzeczpospolitej”, potem „Uważam Rze”, teraz „Do Rzeczy”. Czy Pan sobie wyobraża, że mógłbym sobie pozwolić na to, by tracić na tak masową skalę czytelników, jak to zrobił z wiernymi Kościół po Soborze? Nie, nie było żadnej odpowiedzialności. Kiedy w 1978 roku Karol Wojtyła zostaje papieżem, przybiera sobie dwa imiona, Jana i Pawła – obu ojców Soboru. Czy w 1978 roku można było nie widzieć tego, o czym mówię? To tak, jakbym uparł się publikować w tygodniku autora, którego czytelnicy nie znoszą, nie cenią, nie lubią, a ja, mimo że porzucają moje pismo, że odchodzą od niego, że wysyłają mi listy i ostrzeżenia, postanowił owego nielubionego autora promować z tym większą siłą.

Wszystko co dokonało się później po 1969 roku to były wstrząsy wtórne. Zmiana kierunku odprawiania mszy, komunia na rękę, wprowadzenie szafarzy, najpierw mężczyzn, potem kobiet i mężczyzn, wprowadzenie świeckiej muzyki, tańców, znaków pokoju, gestów bliskości.

Kilkanaście lat temu przeczytałem pierwszy raz książkę Klausa Gambera, jednego z największych współczesnych liturgistów, wstęp do niej napisał kardynał Józef Ratzinger, w której udowodnił on, że chrześcijanie od samego początku zawsze zwracali się, pod przewodnictwem kapłana, w jedną stronę, ku Panu, ku symbolizującemu Go Wschodowi. Zawsze do czasów, kiedy Luter samowolnie w swoich wspólnotach to zmienił. I nagle w latach 70. katolicy powszechnie porzucają prastary kierunek modlitwy. Nagle ksiądz staje tyłem do Tabernakulum, gdzie jest obecny Chrystus i twarzą do ludzi.

Wraz z tym jak ulatniała się świętość, cześć i pobożność, narastało znużenie i rozgoryczenie. Niewielka grupka radykałów prowadziła eksperymenty, ogół machał ręką i wycofywał się. Narastająca nuda zmuszała księży do eksperymentowania, do poszukiwania wytrychów i sztuczek, byle przyciągnąć wiernych. Coś musi się ciągle dziać. Wydarzać. Jedni wierzą w swoje własne zdolności kaznodziejskie, inni bez końca tłumaczą i wyjaśniają to, co przecież miało być rzekomo jasne. Jeszcze inni próbują zatrzeć nudę szukając pomocy z zewnątrz. Próby te nieco przypominają zachowanie ryby wyrzuconej na brzeg morski. Tak jest też z mszami. Jeśli wyparowuje, znika to, co najważniejsze – wiara, że Bogu składa się ofiarę, że ksiądz jest drugim Chrystusem, który za każdym razem składa siebie w bezkrwawy sposób w ofierze na Kalwarii-ołtarzu – to nic nie pomoże.

Niestety, dobrym przykładem takich nowości i poszukiwań stały się właśnie msze papieskie, szczególnie te z okazji Światowych Dni Młodzieży za czasów Jana Pawła II. Nic dziwnego, że te wzorce były później przenoszone do innych krajów.

I tak oto musimy stanąć tu pierwszy raz przed fundamentalnym pytaniem o granice władzy papieskiej: czy papież miał prawo, tak jak to zrobił Paweł VI, tak głęboko ingerować w liturgię?

Odpowiedź nie jest wcale prosta. Bo jeśli miał, jeśli na mocy swojego autorytetu, swojej władzy mógł zmienić to, co niezmienne, uświęcone, wolne od błędów, nienaruszalne, zawsze praktykowane, zawsze nauczane, wiernie przekazywane, to tak samo inny papież może zmienić i wprowadzić nowe rozumienie do nauk etycznych, zawsze głoszonych, zawsze wyznawanych, niezmiennie obowiązujących.

Nie mogę zrozumieć jednego: w jaki sposób Paweł VI mógł sądzić, że zmiana liturgii, której dokonał – a  warto pamiętać, że chociaż formalnie papież nie zakazał wtedy odprawiania dawnej mszy, to faktycznie robił wszystko, by to uniemożliwić i by wiernym wydawało się, że jest ona już nieaktualna – nie pociągnie za sobą buntu i odrzucenia w ogóle autorytetu papieskiego. Autorytet papieża wyrasta z Tradycji, na niej jest oparty, w niej zakorzeniony. Doskonale pokazał to Roberto de Mattei w książce Apologia Tradycji. Jeśli zatem papież uznaje, że stoi ponad Tradycją – a tak można było odbierać jego decyzję o reformach liturgicznych – to w konsekwencji podcina korzenie swojej władzy. Stąd między innymi tak powszechny sprzeciw wobec Humanae vitae. Wynikał on przecież z tej samej mentalności, która stała za zmianami w liturgii. Ostatecznie niezmienność zasad etycznych i niezmienność zasad oddawania Bogu chwały mają to samo znaczenie. Kto narusza świętość Tradycji w jednym punkcie, może ją naruszyć w każdym innym.

Cała moc urzędu papieskiego bierze się z tego, że jest on sługą Tradycji. Im bardziej od niej odchodzi, im bardziej próbuje grać swoje, występować jako wolny od Tradycji, samodzielny podmiot, jednostka, tym jego autorytet i władza słabną. I to niezależnie od tego, że opinia publiczna, opinia świata mogą pokazywać co innego. Wiem, że media chwalą i wspierają te słowa i te gesty papieża, które wskazują na nowość, inność, oryginalność, zerwanie, samodzielność – tylko że te pochwały nic nie znaczą. Są fałszywe. Są znakiem, że dzieje się coś niepokojącego. Są znakiem upadku.

Widzi Pan, to pytanie o granice władzy papieskiej ma naprawdę podstawowe znaczenie. I nie jest łatwo na nie odpowiedzieć. Pierwsze zmiany miały miejsce już w połowie lat 50. XX wieku i dokonał ich, wprowadzając nowy porządek w uroczystość Wielkiego Tygodnia, Pius XII. Bardzo ciekawie wspomina te wydarzenia kardynał Gerhard Müller, kiedy pisze, że zmiany te wywołały w jego zakrystii powszechne zaniepokojenie. Można powiedzieć, że nie miały one wielkiego znaczenia, a mimo to wywołały niepokój, obawy, poczucie niepewności.

Dalej poszły zmiany wprowadzone przez Jana XXIII, który jako pierwszy od wieków wprowadził do Kanonu imię świętego Józefa. Znowu, akt, którego sens wydaje się nie do zakwestionowania. Trudno znaleźć kogoś, kto by to krytykował. Papieże działali tu zgodnie, można powiedzieć, z powszechnie przyjętą zasadą: zmiana oznaczała odpowiedź na pobożność wiernych, była ściśle ograniczona, nie niosła za sobą zmiany sensu aktu liturgicznego. Tak jak kiedyś dawno temu papieże zaakceptowali pojawienie się w wyznaniu wiary filioque, tak też Jan XXIII mógł wprowadzić do Kanonu wezwanie do św. Józefa.

A jednak w obu przypadkach pojawiło się mniemanie, niejasne jeszcze i niedokładne, że zmiana tego co niezmienne jest możliwa. Może w innych czasach, w innej epoce nic by się dalej nie wydarzyło. Jednak na Soborze pojawiło się przekonanie, że jest on prawdziwie nowym początkiem, że w ogóle przeszłość, dziedzictwo nie wiąże. Dlatego te drobne zmiany stały się nagle wstępem do prawdziwego przewrotu. Jeśli nie ma niezmienności, to liturgia przestaje być obrazem wiecznej liturgii niebiańskiej. Staje się, tak to odbierają ludzie, tworem człowieka. W 1969 roku Paweł VI promulgował liturgię, której szczegóły opracowała powołana przez niego grupa liturgistów.

Myśli Pan, że dziś taka grupa nie mogłaby przygotować innej reformy? Przecież nasza wiedza o przeszłości jest większa. Przecież w ciągu tych pięćdziesięciu lat zmieniły się obyczaje, język, sposób zachowania. Jak przed tym uciec?

Bardziej konserwatywni hierarchowie mówią o reformie reformy i powrocie do niektórych przynajmniej form dawnego rytu – zwróceniu się kapłana ku Wschodowi, klęczeniu podczas komunii świętej – inni, przeciwnie, domagają się jeszcze większej swobody. Rana zadana Tradycji i tożsamości katolickiej w 1969 roku wciąż krwawi.

Na ten kryzys jest, sądzę, jedno tylko lekarstwo: nie poszukiwanie kompromisów i kolejne reformowanie, ale powrót do liturgii trydenckiej, a właściwie, należałoby powiedzieć, klasycznej. Pius V niczego nowego nie wprowadził, a jedynie zatwierdził i promulgował jako powszechnie obowiązujący – z wyjątkiem liturgii istniejących co najmniej 200 lat – ryt mszy znany w Rzymie. Powrót do niego byłby pod każdym względem właściwą odpowiedzią na obecną chorobę. Pokazałem, dlaczego. Nie tylko z powodów, nazwijmy to, teologicznych, ale także kulturowych: stara msza zakorzenia w tym co rzymskie. Ona jest żywą nauką ciągłości pamięci, dzięki niej współczesny chrześcijanin z XXI wieku może mieć poczucie, że dołącza do minionych pokoleń. Jeśli jedną z głównych chorób współczesności jest wykorzenienie, płynność, ulotność, to odkrycie piękna i majestatu klasycznego rytu jest na to najlepszą odpowiedzią.  

Dziękuję za rozmowę.

Tomasz D. Kolanek

—————————————————-

Powyższa rozmowa stanowi fragment książki pt. „Czas szaleństwa czy czas wiary? O kryzysie z Kościele, fałszywym ekumenizmie, myślicielach nowej lewicy i czasach ostatecznych z Pawłem Lisickim rozmawia Tomasz D. Kolanek”. Przedmowę do publikacji napisał Krystian Kratiuk.

Czas szaleństwa czy czas wiary?

Autor: Paweł Lisicki, Tomasz D. Kolanek

Wydawnictwo: Arcana

Rok wydania: 2019

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Liczba stron: 292

Format: 14.8 x 21.0 cm

Numer ISBN: 978-83-65350-49-7

Za: https://www.pch24.pl/czy-pawel-vi-mial-prawo-ingerowac-w-liturgie-mszy-swietej-,72160,i.html

—————————————————————————–