19 Listopad 2019 

Druga kadencja PiS-u. Polacy wybrali „obrońców wartości”, a dostaną „zieloną” lewicę?
Zdjęcie ilustracyjne. Źródło: pixabay.com (OpenClipart-Vectors)

Mniej więcej w połowie poprzedniej kadencji parlamentu usłyszałem rymowankę w lekki sposób oddającą charakter rządów Zjednoczonej Prawicy: „dobra zmiana to taka reforma – głosujesz na PiS, a rządzi Platforma”. Dziś partia Jarosława Kaczyńskiego daje nam coraz więcej powodów, by w tym wierszyku miejsce PO zajęła Lewica wraz z niemałym bagażem „zielonych” postulatów. Ekologiczna rewolucja to jednak nie tylko walka o czyste powietrze czy recykling odpadów, ale także groźna ideologia, zaś oddzielenie pożytecznych pomysłów od niebezpiecznych szaleństw doktrynerów może okazać się niemożliwe. PiS zdaje się jednak na owe ryzyko nie zważać, za co zapłacą zarówno politycy partii Jarosława Kaczyńskiego jak i Polacy.

Myśl o ideologicznym zwrocie Prawa i Sprawiedliwości z całą pewnością istnieje w szeroko pojętym środowisku „dobrej zmiany”. Widać to chociażby po tekście jednego z najważniejszych prorządowych dziennikarzy – Jacka Karnowskiego. Refleksje autora o powodach braku miażdżącego zwycięstwa partii Jarosława Kaczyńskiego (wskazał na sukces „ugrupowań mniej lub bardziej konserwatywnych: PSL, Kukiz i Konfederacja”) można uznać za słuszne, natomiast jako problematyczna jawi się odpowiedź na zaistniałą sytuację polityczną. Publicysta zachowuje do strategii partii rządzącej pewien dystans pisząc: „PiS zdaje się sądzić”, jednak prawdopodobnego kierunku ideologicznego dryfowania nie krytykuje.

A czym miałaby być owa zmiana doktrynalna? „PiS zdaje się sądzić, że skoro nadchodzi rewolucja – np. w kwestii podejścia do środowiska i zmian klimatycznych – to lepiej stanąć na jej czele, niż zostać przez nią zmiecionym” – pisze na wPolityce.pl Jacek Karnowski pytając: „czy PiS uda się zaproponować taki program, który pozwoli zrealizować część narastających aspiracji, zwłaszcza potencjalnej nowej klasy średniej, bez uruchomienia takiej zmiany społecznej, która przeora całą scenę polityczną? I co ważne, bez zrażenia tych wyborców, którzy domagają się zdecydowanej odpowiedzi na niepokojące wyzwania cywilizacyjne?”.

Autor dostrzega zagrożenia wynikające ze zbliżenia Prawa i Sprawiedliwości do środowisk „zielonych”, jednak niestety nie przywiązuje do nich zbytniej wagi. Pisze bowiem: „problem w tym, że elementy programowe tego typu – teoretycznie mało nasycone ideologicznie – łączą się z innymi, wpisującymi się już w program przebudowy społeczeństwa w duchu nowej lewicy”. I tyle. Pogłębionej analizy zagrożeń brak.

Tymczasem ów „program przebudowy społeczeństwa w duchu nowej lewicy” to nic innego jak radykalnie lewackie doktrynerstwo, zaś „troską o klimat” tłumaczy się dziś najbardziej chore aberracje ideologiczne stanowiące zaprzeczenie Prawa Bożego i prawa naturalnego. Oto bowiem do najnowszych objawów „troski o planetę” zaliczyć należy np. rezygnację z posiadania dzieci – aby nie produkowały CO2. To jednak nie wszystko, gdyż w palecie „zielonych” postulatów pojawia się nawet… aborcja dla klimatu. Wobec takich szatańskich szaleństw pomysły dotyczące chociażby zamykania kopalń węgla czy powszechnej rezygnacji z używania samochodów w miastach wydają się błahostką.

Sprawy tzw. ochrony klimatu wykraczają daleko poza kwestie przyrody czy nawet ekonomii. Ideolodzy zrównoważonego rozwoju (to kolejne słowo wytrych, które w ogólnych założeniach nie budzi kontrowersji, jednak szczegóły mogą mrozić krew w żyłach) chcą iść dalej i ingerować w naturę człowieka. Wszak chęć posiadania potomstwa stanowi jedno z najbardziej naturalnych, wszczepionych człowiekowi przez Pana Boga pragnień, a zarazem realizację nakazu Stwórcy: „Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną; abyście panowali nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi” (Rdz 1, 28).

Zresztą lektura tylko tego jednego zdania z pierwszego rozdziału pierwszej Księgi Pisma Świętego pokazuje, jak dalece sprzeczne z Bożym Prawem są założenia klimatycznej ideologii i innych aberracji nowej lewicy. Oto bowiem w myśl najmodniejszych obecnie doktryn człowiek ma nie tylko zrezygnować z rozmnażania się (czemu służy m.in. propagowanie antykoncepcji oraz homoseksualizmu jako popędu rzekomo równoprawnego ze zdrowo ukierunkowanymi preferencjami). Na celowniku doktrynerów znajduje się także „zaludnienie ziemi” (obecny w głowach doktrynerów problem tzw. przeludnienia planety i depopulacja jako antidotum na owo rzekome wyzwanie) oraz „uczynienie jej poddaną” nam, ludziom panującym nad innymi gatunkami (co podważa się poprzez rozmaite „prawa zwierząt”, humanizację zwierząt i dehumanizację ludzi).

To jednak ciągle nie koniec konfliktu między aktualnymi trendami doktrynalnymi, a pierwszym rozdziałem Księgą Rodzaju. Czytamy bowiem: „Stworzył więc Bóg człowieka na swój obraz, na obraz Boży go stworzył: stworzył mężczyznę i niewiastę” (Rdz 1, 27). Płci są więc dwie, a nie 58, jak chcieliby tego genderyści, których założenia stanowią istotny element światopoglądu nowej lewicy.

Jak z tak groźnej, antychrześcijańskiej i skupiającej w sobie co najmniej kilka zaprzeczeń wobec fundamentalnych Praw i Prawd ideologii, która z każdym kolejnym miesiącem zdaje się zaostrzać kurs i suflować zmanipulowanym ludziom Zachodu coraz to nowsze pomysły na stanie się świeckim „zbawicielem” planety, PiS chciałby wydobyć i zrealizować elementy bezpieczne? Czy w ogóle któreś z nich można uznać za pozostające w zgodzie ze zdrowym rozsądkiem? Oczywiście, czyste powietrze i dobrej jakości woda w rzekach to cele godne i warte uwagi, jednak słowa Jacka Karnowskiego, „że skoro nadchodzi rewolucja – np. w kwestii podejścia do środowiska i zmian klimatycznych – to lepiej stanąć na jej czele, niż zostać przez nią zmiecionym” mogą budzić obawy. I to pomimo zastrzeżenia poczynionego przez autora, który nie ukrywa, że ma świadomość obecności w „zielonej” rewolucji elementów lewicowego fundamentalizmu.

Czy istnieje bowiem jakaś nieprzekraczalna granica i gdzie się ona znajduje? Na ile PiS – realizując „zieloną” strategię – pozwoli ekologicznym fundamentalistom oraz ile z ich programu jest gotów zrealizować, a w którym momencie powie „stop”? Czy w obliczu 4 lat torpedowania i „zamrażania” obywatelskich inicjatyw dotyczących ochrony życia, braku działań w tej sprawie ze strony Trybunału Konstytucyjnego, a teraz wybrania proaborcyjnej i prohomoseksualnej poseł z Lewicy Razem na funkcję przewodniczącego sejmowej Komisji Polityki Społecznej i Rodziny możemy w ogóle zakładać, że „zielona” odmiana PiS-u zawsze i wszędzie będzie mówiła „nie” aborcji dla klimatu? Czy ów wybór nie stanowi otwarcia się partii rządzącej na postulaty depopulacyjne – aborcję i homoseksualizm? A czy z PiS-em u władzy możemy czuć się bezpieczni wobec zagrożeń ideologii gender, skoro wicepremier Jarosław Gowin zapowiedział walkę o wolność słowa na uczelniach dla jej wyznawców i nie spotkały go z tego powodu żadne konsekwencje? Idźmy z naszymi pytaniami dalej. Czy partia dzisiaj deklarująca chęć ochrony górnictwa jutro nie zmieni zdania i nie zlikwiduje tego sektora gospodarki? A skoro zarówno w poprzedniej jak i obecnej kadencji rządzący rozważali uderzenie w branżę futerkową, a motywy takiego działania nie różniły się zbytnio od motywów jakie kierują przedstawicielami „zielonej” lewicy?

Odpowiadając na powyższe pytania należy stwierdzić, że w kilku sprawach ekologiczny zwrot PiS-u już się dokonał. Oczywiście – cały czas nie ma w Polsce mowy o zalegalizowaniu aborcji dla klimatu, ale już temat homoseksualnych związków partnerskich co rusz powraca do debaty publicznej za sprawą niby nieśmiałych, niby półoficjalnych i niby źle zinterpretowanych wypowiedzi przedstawicieli „dobrej zmiany”, zaś nikt z ważniejszych polityków Prawa i Sprawiedliwości nie chce kłaść się Rejtanem w obronie życia poczętego. Za to genderyzm, kompromis aborcyjny czy zakaz hodowli zwierząt futerkowych znajdują w partii Jarosława Kaczyńskiego mniej lub bardziej śmiałych zwolenników. Co więcej, nowo powołany minister do spraw klimatu (tak! od niedawna mamy w polskim rządzie taką funkcję) chwali się, że to on zaprosił na szczyt COP24 w Katowicach Gretę Thunberg.

Wątek ekologiczny był obecny także podczas exposé Mateusza Morawieckiego, jednak akurat przemówienie szefa rządu musiało zawieść oczekiwania wszystkich radykalnych zwolenników „zielonej” transformacji. Premier mówił bowiem z jednej strony o czwartej rewolucji przemysłowej, walce z zalewającym środowisko plastikiem czy odnawialnych źródłach energii i zapowiadał powołanie w rządzie pełnomocnika do spraw OZE, z drugiej jednak stwierdził, że energetyka konwencjonalna jeszcze długo będzie w Polsce istotna. Pojawiło się ponadto wspomnienie o energetyce jądrowej. Z kolei słowa o zabiegach mających poprawić jakość powietrza zostały obwarowane – skądinąd słusznymi – zastrzeżeniami, że takie sprawy nie stanowią domeny ani lewicy, ani prawicy. Premier skrytykował także regulacje klimatyczne doprowadzające do przenoszeniu poza Unię Europejską miejsc pracy oraz kładł nacisk na zrównoważenie racji ekologicznych i ekonomicznych. Z kolei o wartościach premier mówił kilka razy, jednak w jego słowach brakowało konkretów, zaś owe wartości szef rządu określił mianem „konstytucyjnych”. Mateusz Morawiecki wyraził poparcie dla rodziny, przestrzegał przed ideologizacją szkół i doktrynalnymi zamachami na dzieci oraz krytykował próby tworzenia norm w oparciu o wyjątki i mniejszościowe eksperymenty, jednak wątek ochrony życia w exposé nie wybrzmiał. Wybrzmiało natomiast poparcie dla „wartości Polaków”, walki ze skrajnościami, utopijnymi ideologiami, rewolucją światopoglądową oraz szowinizmem.

Można więc mieć uzasadnione obawy, że stając na czele „zielonej” rewolucji PiS nie tylko będzie kontynuować proceder zaniedbywania postulatów ważnych dla katolickich wyborców, ale także spróbuje w jakiś delikatny sposób przypodobać się środowiskom skrajnie lewicowym, być może nawet realizując niektóre elementy programu postępowców. Na krótką metę takie działania mogą przynieść pewną polityczną korzyść, gdyż ułatwią neutralizowanie części zagrożenia ze strony prawdopodobnego ekologicznego kandydata na prezydenta – Szymona Hołowni. W dalszej perspektywie poddanie się lewicowej agendzie to jednak niebezpieczeństwo zarówno dla Polski, jak i samego PiS-u.

Dezercja rządzących z frontu walki cywilizacyjnej oznacza wepchnięcie naszej Ojczyzny na drogę ku demoralizacji i upadkowi znanemu z krajów Europy Zachodniej, zaś realizacja programu „zielonej” lewicy to dla partii Jarosława Kaczyńskiego samobójstwo. Jeśli bowiem rządzący zaczną wprowadzać kolejny ekologiczne pomysły, to z całą pewnością będą prezentować je jako sukces. Gdy zaś wyborcy uwierzą w tę retorykę to… podziękują PiS-owi i opowiedzą się po stronie radykalnej lewicy. Wszak po co stawiać na podróbkę i półśrodki, skoro można mieć oryginał?

Istnieje więc ryzyko, że w połowie tej kadencji – a może jeszcze szybciej – usłyszymy mniej więcej taką rymowankę: „dobra zmiana i zieloni to mała różnica, bo kto by nie rządził, to rządzi lewica”, zaś za 4 lata wierszyki układać będziemy już bez wspominania o formacji Jarosława Kaczyńskiego. PiS sam będzie winien swojej porażki, jednak konsekwencje poniesiemy wszyscy.

Michał Wałach

Za: https://www.pch24.pl/druga-kadencja-pis-u–polacy-wybrali-obroncow-wartosci–a-dostana-zielona-lewice-,72233,i.html

———————————————————————