29 Maj 2020

 – Pisarz, poeta, felietonista

Fot. Martin Sanchez/Unsplash

Jeśli propozycja zniesienia prywatnej własności samochodów wydaje się na razie zbyt radykalna, to może przynajmniej zakażemy jeżdżenia samochodem, w których nie ma przynajmniej dwóch osób.

Pomimo rosnącej liczby zachorowań na koronawirusa pandemia powoli jest odwoływana. Aby gospodarka mogła działać jak zwykle, a ludzie korzystać ze wszystkich uroków epoki schyłkowego kapitalizmu, stopniowo luzowane są kolejne rygory i obostrzenia. Trudno się z tego nie cieszyć, bo w końcu można pójść do fryzjera, a nawet zaryzykować spotkanie z rodziną. Nie sposób jednak zapomnieć, że „normalnie” działająca gospodarka wiedzie nas drogą prosto do piekła katastrofy klimatycznej.

Ta rzekoma normalność oznacza, że przeciętny mieszkaniec Polski przyczynia się codziennie do emisji 24 kg CO2 do atmosfery. Co daje 8,76 tony dwutlenku węgla rocznie. Aby sobie to lepiej uświadomić, możemy sobie wyobrazić, że codziennie wynosimy z piwnicy 24-kilogramowy worek ziemniaków i rzucamy kartoflami w powietrze. Oczywiście w ten sposób nie uda nam się ziemniaków umieścić na orbicie okołoziemskiej, ale z pewnością już po miesiącu uprawiania codziennie takiego procederu uświadomimy sobie skalę swojego wpływu na środowisko. Zapewne nawet wcześniej interweniują sąsiedzi i policja. 

Nic dziwnego, że naukowcy zgodnie przyjęli, że nie możemy emitować tylu ziemniaków do atmosfery. Podobnie jest w przypadku dwutlenku węgla i innych gazów cieplarnianych, których emisja niestety nieustająco rośnie, choć powinna być ograniczana. Koronawirus na chwilę zatrzymał ten trend, a jednak presja, aby gospodarka mogła działać jak wcześniej, jest na tyle duża, że jesteśmy gotowi ryzykować życie ludzi. Oczywiście nieuruchamianie gospodarki może również stanowić zagrożenie dla naszego życia i zdrowia. Niewątpliwie jest to jednak dobry moment, aby pomyśleć nad tym, jak powinniśmy żyć, produkować, konsumować i działać, aby ludzka cywilizacja na Ziemi mogła w ogóle przetrwać.

Powszechnie uznaje się, że w miarę bezpieczny poziom wzrostu temperatury, na którym ocieplenie powinno się zatrzymać, wynosi około 1,5 stopnia Celsjusza wobec epoki przedprzemysłowej. Aby sprostać temu wyzwaniu, niezbędne są dalekosiężne zmiany systemowe i całkowite odejście od spalania paliw kopalnych. Niestety tylko niewielu z nas jest właścicielami kopalni, pól roponośnych czy elektrowni węglowych, więc nasze możliwości działania w tym zakresie są mocno ograniczone. Osobiście zachęcałbym wszystkich do aktów obywatelskiego nieposłuszeństwa i blokowania tych machin zniszczenia własnymi ciałami. Rozumiem jednak, że nie wszystkie osoby odnajdują się w przykuwaniu do koparek. Na szczęście zmniejszać ślad węglowy możemy również przez zmianę naszych zachowań.

W zeszłym roku ukazał się raport pt. 1.5-degree lifestyles – Targets and options for reducing lifestyle carbon footprints. Międzynarodowy zespół badaczy policzył, jak bardzo każdy i każda z nas powinni zmienić swoje zachowanie, abyśmy mogli zatrzymać globalne ocieplenie. Naukowcy koncentrują się na Finlandii i Japonii, ale rozpatrują też sytuację w krajach takich jak Chiny, Brazylia czy Indie. Ślad węglowy statystycznego Fina jest całkiem zbliżony do tego, jaki mają przeciętna Polka czy Polak, więc prezentowane dane w znacznym stopniu pasują również do naszego kraju.

Jak musimy zmienić swój styl życia, aby nie spalić jedynej planety, jaką mamy? Błyskawicznie i drastycznie. Abyśmy mogli uniknąć tragedii, już w 2030 roku ślad węglowy każdej i każdego z nas powinien wynosić od 3,2 do 2,5 tony, zamiast obecnych prawie dziewięciu, a w 2050 – poniżej tony. Oznacza to redukcję naszych emisji o 60–70 procent w najbliższych latach, a 90 procent jeszcze za naszego życia. Oczywiście sporo zależy od tego, jak daleko idące zmiany w miksie energetycznym, rolnictwie i technikach przechwytywania CO2 z atmosfery uda się wprowadzić. Jednak niezależnie od tego musimy znacząco zmniejszyć swój ślad węglowy, zmieniając styl życia na mniej emisyjny. Raport wyróżnia trzy obszary, w których nasze osobiste emisje są największe. Jak łatwo zgadnąć, są to dieta, mieszkanie i mobilność, które odpowiadają za blisko trzy czwarte naszych prywatnych emisji. 

Teoretycznie najłatwiejsza wydaje się zmiana diety, ale jeśli tylko zdarzyło wam się kiedyś próbować przekonać wszystkożercę do porzucenia mięska albo serka, to dobrze wiecie, że w praktyce sprawa nie jest taka łatwa. Jednak łatwo już nie będzie i nie ma powodów ukrywać, że jedno i drugie powinna zrobić większość z nas i to w najbliższych latach. Czym szybciej, tym lepiej. Przejście na dietę wegańską może zmniejszyć nasze osobiste emisje o ponad tonę CO2 rocznie, a jeśli dodamy do tego redukcję ilości spożywanych słodkości i alkoholu plus kupowanie lokalnych produktów, to możemy dzięki temu osiągnąć 1,5 tony emitowanych gazów mniej. Oczywiście dieta wegetariańska też jest dobrą opcją, ale jednak rozsądną dieta wegańska to rocznie kilkaset kilogramów gazów cieplarnianych mniej do atmosfery. Oraz większe szanse, że wasze dzieci nie umrą w warunkach równie koszmarnych jak zwierzęta na fermach przemysłowych. Polecam!

Musimy też zmienić sposób, w jaki mieszkamy. Kluczowe jest ogrzewanie domów za pomocą odnawialnych źródeł energii, ale na to w Polsce będziemy musieli jeszcze trochę poczekać. Optymistyczne jest, że „radykalnie spadające koszty wytworzenia energii elektrycznej z OZE czynią finansowanie nowej energetyki konwencjonalnej dużo trudniejszym”, jak donosi najnowszy raport o przyszłym miksie energetycznym Polski. Jak bardzo trudne się to okazało, przekonali się boleśnie PiS-owcy, którzy wydali kilkaset milionów złotych na budowę elektrowni węglowej Ostrołęka C, która na szczęście nie powstanie.

Jeśli jednak macie własne domki, powinniście czym prędzej zainwestować w pompy ciepła, dzięki czemu możecie zmniejszyć swoje emisje o kilkaset kilogramów rocznie. Równie obiecujące jest lepsze ocieplenie budynków. Autorzy raportu proponują również Finom, żeby wynajmowali swoje pokoje gościnne. Jeśli macie wolne pokoje, nie wahajcie się ich wynająć. Pół roku mieszkania z obcymi sprawi, że nie tylko staniecie się znajomymi, ale również zmniejszycie swój ślad węglowy o kolejne kilkaset kilo.

Jeszcze bardziej kontrowersyjną propozycją wydaje się zmniejszenie swojej przestrzeni życiowej. W Japonii i Chinach na osobę przypada blisko 40 metrów kwadratowych mieszkania. W Polsce jest to niecałe 30 metrów, więc prawdę mówiąc, już przebiliśmy rekomendacje, aby zmniejszyć swoją przestrzeń mieszkalną o 10 procent. Ale to przecież dopiero początek wymaganych zmian. Spędziwszy ostatnie dwa lata w dwie osoby na przestrzeni 36 metrów, jestem przekonany, że nikt nie potrzebuje więcej niż 18 metrów na głowę, a pewnie starczyłoby 15, i do tego powinniśmy dążyć. Dlatego poprzeć należy postulat Akcji Socjalistycznej, aby wprowadzić zakaz posiadania więcej niż jednego mieszkania, a docelowo może nawet znieść własność prywatną powyżej 15 metrów kwadratowych mieszkania na osobę.

Co jeszcze możemy zrobić? Niestety kolejne postulaty są tylko bardziej okrutne. Przede wszystkim musimy oszczędzać ciepłą wodę i zmniejszyć temperaturę w naszych mieszkaniach o jakieś dwa stopnie. Mówiąc o oszczędzaniu ciepłej wody, nie sposób nie zauważyć, że nie wystarczą krótsze prysznice i rzadsze kąpiele. Choć autorzy raportu tego nie precyzują, jeśli zmiany mają być odczuwalne dla atmosfery, w bliskiej przyszłości ciepłe prysznice powinny przysługiwać nam nie częściej niż raz w tygodniu, a ciepłe kąpiele ewentualnie raz w miesiącu. No chyba że ktoś ma dostęp do naturalnych źródeł geotermalnych… Wtedy należałoby się nim podzielić ze wszystkimi potrzebującymi. Nie muszę chyba ukrywać, że mając do wyboru rezygnację z ciepłych kąpieli i zamknięcie wszystkich kopalni, gotów jestem własnym ciałem blokować wydobycie węgla. Chętnie przykuję się do każdego komina, aby tylko mieć jeszcze prawo do gorącej kąpieli bez jeżdżenia z pielgrzymkami do Torunia.

Duży potencjał do zmiany niesie też mobilność. Gdybyśmy wszyscy przerzucili się na transport publiczny i niesamochodowy, moglibyśmy zredukować nasze osobiste emisje o ponad 1,5 tony CO2 rocznie. Niestety z raportu wynika, że nie ma nic gorszego dla klimatu niż przejazdy prywatnymi samochodami, więc docelowo należałoby je praktycznie zlikwidować.

Ulgę atmosferze przyniosłaby też elektromobilność i auta hybrydowe, ale dopóki w Polsce większość energii elektrycznej pochodzi z węgla, będzie to ślepy zaułek. Na razie mamy jednak również inne możliwości. Gdyby większość z nas zaczęła pracować bliżej miejsca zamieszkania (przynajmniej o 20 procent), a dodatkowo jeżdżąc do pracy, zabierała kogoś na podwózkę, to również byłoby kilkaset kilogramów wyemitowanego CO2 mniej. Prawdę mówiąc, nieustająco mnie dziwi, że w czteroosobowych samochodach jeżdżących po mieście przeważnie siedzi tylko kierowca. Jest to absurdalne marnotrawstwo i zbrodnia, więc jeśli propozycja zniesienia prywatnej własności samochodów wydaje się na razie zbyt radykalna, to może chociaż zakażemy jeżdżenia samochodom, w których nie ma przynajmniej dwóch osób.

Obiecująco wygląda również redukcja liczby podróży lotniczych, zarówno krajowych, jak i międzynarodowych. Szczególnie oburzające wydaje się poruszanie się samolotami na małych dystansach, które swobodnie można by pokonać znacznie mniej emisyjnym pociągiem. Oczywiście najlepiej byłoby w ogóle przestać jeździć bez sensu. Jak się właśnie przekonujemy, większość podróży biznesowych może swobodnie zostać zastąpiona przez spotkania w przestrzeni internetu. Zważywszy, że nasze prywatne emisje powinniśmy zredukować o 60–70 procent już do roku 2030, należałoby zasadniczo ograniczyć również ruch turystyczny. Naprawdę nie widzę powodów, żeby turystykę uprawiać za pomocą innych środków transportu niż pociąg i rower. Będzie to nie tylko lepsze dla klimatu, ale i zwyczajnie zdrowsze.

Przytoczyłem tylko część rekomendacji międzynarodowego zespołu ekspertów, ale już po nich widać, że nie będzie łatwo nam je wdrożyć. Przydałoby się opracowanie podobnego raportu dla Polski, bo jednak nasza sytuacja jest trochę inna niż Finlandii czy Japonii.

Pewnie część z was podejrzewała, że kiedyś dojdzie do tego, że będziemy musieli drastycznie zmienić swój styl życia, ale może nie spodziewaliście się, że stanie się to tak szybko. Prawda jest jednak taka, że nie możemy dłużej czekać. Zacząć wdrażać zmiany w swoim życiu i naszym wspólnym systemie energetycznym powinniśmy nie dziś, ale wczoraj.

Być może zresztą to przeczuwaliście. Już dziś większość z nas chce ograniczyć spożycie mięsa. Ewidentnie wiemy, że musimy coś zmienić, ale potrzebujemy jakiegoś impulsu. Dlatego czas na odpowiednie ustawy. Weganizm sam się nie wprowadzi, mieszkania same nie zmniejszą, a kierowcy nie zaczną zabierać autostopowiczów, jeśli nie będą mieli ku temu odpowiedniego impulsu. Najwyraźniej zagłada ludzkiej cywilizacji to zbyt słaba motywacja dla większości z nas, więc czas na odpowiednie mandaty. Sanepid już wie, jak to robić, teraz czas na kary administracyjne nakładane przez Ministerstwo Klimatu.

Za: https://krytykapolityczna.pl/felietony/jas-kapela/juz-czas-na-obowiazkowy-weganizm-mniejsze-mieszkania-i-zakaz-latania/

————————————————————