6 Wrzesień 2020

Stany Zjednoczone znalazły się w sytuacji rewolucyjnej, do złudzenia przypominającej rozruchy wszczęte przez bolszewików w lutym 1917 roku w Piotrogrodzie. Następstwem tych wydarzeń było utworzenie się dwuwładzy, zakończonej zresztą ostatecznym zwycięstwem bolszewików raptem pół roku później, w rewolucji październikowej. Wybory prezydenckie w Ameryce mają odbyć się za 5 miesięcy. Analogia między Minneapolis a ówczesnym Piotrogrodem narzuca się sama.

Zaryzykuję dość śmiałym stwierdzeniem, że Donald Trump w analogicznej sytuacji może mieć znacznie trudniejsze zadanie od samego cara Mikołaja. W przeciwieństwie do rosyjskiego monarchy nie ma on żadnego poparcia w kongresie, ani wśród najwyższych rangą dowódców wojskowych armii Stanów Zjednoczonych. O ile rozbite i osłabione walką z Niemcami podczas pierwszej wojny światowej – wojsko carskie dochowało wierności, walcząc niemal do ostatniego „białego” żołnierza z bolszewikami. O tyle w przypadku Donalda Trumpa najwyżej postawione dowództwo otwarcie sprzeciwia się decyzji swojego zwierzchnika, o wyprowadzeniu wojsk na ulice. Sam zaś prezydent, niczym szczur schował się w bunkrze pod białym domem, kiedy tylko pokojowo – zdaniem wielu amerykanów – nastawieni demonstranci przyszli pod prezydencką rezydencję zamanifestować swój sprzeciw, wymierzony w policyjną brutalność wobec murzynów. Zapis, zgodnie z którym amerykański prezydent chciał wyprowadzić na ulice 82. dywizję powietrznodesantową, to „Insurrection Act” z 1807 roku. Prawo te pozwala prezydentowi użyć wojska na terytorium USA, aby powstrzymać masowe łamanie prawa, lub sytuacje ocierające się o jego wypowiedzenie przez społeczeństwo. W teorii to ubezpieczenie na wypadek aktów rebelii, których opanować nie są w stanie władze na szczeblu lokalnym. Zgodnie z tym przepisem prezydent wedle własnej oceny zagrożenia może zdecydować, że zaistniały stosowne przesłanki do skorzystania z tego konstytucyjnego narzędzia. Co bardzo istotne w zdecydowanej większości przypadków prezydenci używali „Insurrection Act” na prośbę władz stanowych, a nie wbrew nim. Tymczasem władze tych stanów, w których niemal dwa tygodnie tli się rewolucja nie dość, że mówią co raz głośniej o konieczności rozwiązania policji i zastąpienia jej czymś innym. To ostatnimi czasy nie zajmują się niczym, poza gorliwym klęczeniem i proszeniem murzynów o wybaczenie za setki lat swojego rasizmu wyssanego z mlekiem matki. Błaganiom tym towarzyszy histeryczny płacz, porównywalny do lamentu i spazmów, jakie towarzyszyły pogrzebowi ostatniego koreańskiego dyktatora.

Warto mieć także na uwadze, że dla wielu Amerykanów niezależność ich stanu od władz w Waszyngtonie jest czymś bardzo ważnym. Gdyby bezpośredni zwierzchnicy wojskowi posłuchali Trumpa, zdecydowanego wysłać wojsko na ulice ich miast, byłoby to wydarzenie wywołujące skrajne emocje po obu stronach konfliktu i mogłoby doprowadzić do wojny domowej, zakończonej zwycięskim pochodem „pokojowych demonstrantów” ciemiężonych przez prezydenta tyrana. Choć bardzo chciałbym się przekonać, że Stany Zjednoczone nie stoją nad przepaścią rewolucji komunistycznej, a w teorii „pokojowe demonstracje” to jedynie kalkulowana i kontrolowana kampania antywyborcza wymierzona w obecnego, ubiegającego się o reelekcję prezydenta. To nigdy nie można być absolutnie pewnym, a zwłaszcza w zakulisowych rozgrywkach amerykańskiej sceny politycznej. Są jednak przesłanki, które bardziej wiarołomnych obserwatorów mogą przekonać, że jest to wyłącznie przedwyborcza bitwa, która została przez demokratów wygrana. Czystym przypadkiem, na wieść o groźbie wyprowadzenia wojsk na ulicę, politycznego poparcia lewicowym ekstremistom udzielili Barack Obama i Joe Biden. W myśl bolszewickiej doktryny, usankcjonowanej rozkazem nr 227 przez samego towarzysza Stalina 28 lipca 1942 roku, brzmiącą „ani kroku w tył”. Barack Obama stwierdził, że jest to szansa, której nie wolno zaprzepaścić, a zaistniałą sytuacje nazwał „okazją na przebudzenie ludzi”. Powstrzymam się od dywagacji, mających postawić kategoryczną opinie, czy ewentualne wyprowadzenie wojsk na ulice powstrzymałoby protesty, mając jednocześnie na uwadze 74% poparcie, jakim obdarzyło bojówkarzy amerykańskie społeczeństwo. Nie jestem w stanie przewidzieć reakcji 300 milionów tak zróżnicowanych i żyjących w odmiennych środowiskach obywateli. Faktem jest jednak, że czy to z czystego wyrachowania, czy też ze strachu, najwyżsi rangą dowódcy armii amerykańskiej wypowiedzieli posłuszeństwo swemu prezydentowi. W suskurs za nimi poszli głośno cytowani najważniejsi i najwybitniejsi, co ciekawe dawno emerytowani zwierzchnicy wojskowi ubiegłych dekad.

– Jestem pewien, że nasi żołnierze zachowają się profesjonalnie. Będą wypełniać rozkazy wydane zgodnie z prawem. Jestem jednak mniej pewny co do słuszności rozkazów wydawanych przez tego prezydenta. Nie jestem przekonany, że sytuacja na naszych ulicach, jakkolwiek nie jest zła, uzasadnia użycie sił zbrojnych na taką skalę. Na pewno nie przekroczyliśmy jeszcze linii, za którą byłoby słuszne użyć Insurrection Act – napisał były admirał, Mike Mullen.

– Wojsko nie powinno być używane podczas pokojowych protestów. To odpowiedzialność policji i władz lokalnych. Obecność żołnierzy często tylko pogarsza sytuację i czyni ją wybuchową. Na dodatek wojskowi są stawiani w bardzo trudnej sytuacji – stwierdził między innymi były Sekretarz Obrony Chuck Hagel, polityk Partii Republikańskiej, dodając w innej, oficjalnej wypowiedzi, ugruntowując swoje stanowisko w tej sprawie – Użycie wojska do zadań policyjnych powinno być rozwiązaniem ostatecznym i tylko w najgorszej z możliwych sytuacji. Nie ma takiej obecnie. Nie popieram użycia „Insurrection Act”.

Niezależnie czy jest to element kampanii wyborczej, czy też początek końca Ameryki, jaką znamy z opowieści i kinematografii. Prezydent Trump nie jest w stanie zaprowadzić porządku we własnym państwie, wśród własnych obywateli uzbrojonych w pałki i butelki z benzyną. Nie do ustalenia jest także dotychczasowa liczba ofiar, walczących rzekomo w słusznej sprawie bojówkarzy, którzy dopuszczają się pobić, rabunków i dewastacji mienia publicznego, jak i prywatnego. W ramach „dziennikarskiego śledztwa”, które wszcząłem nie wstając z kanapy, spędziłem około godziny w poszukiwaniu jakichkolwiek danych dotyczących liczby ofiar śmiertelnych. Na próżno. Żadna agencja prasowa takimi nie dysponuje, bądź też są skrzętnie ukrywane przed opinią publiczną. Udało mi się jednak ustalić, że dość częstymi śmiertelnymi ofiarami demonstrantów, są sami demonstranci, nie wyłączając z tego samych murzynów. Oglądając niezliczoną liczbę filmów, zamieszczonych w sieci przez samych manifestantów natrafiłem również na takie, w których to protestujący murzyni próbują powstrzymać białych, zamaskowanych bandytów, twierdząc skądinąd słusznie, że to oni, a więc ci murzyni, będą obwiniani za dewastacje, jakich dopuszczają się „antyfaszyści”. Nie brakuje także nagrań i fotografii, na których białe amerykańskie kobiety w ramach walki z rasizmem świadczą całkowicie nieodpłatne usługi seksualne wyłącznie dla czarnych, co dumnie i transparentnie deklarują na sumiennie przygotowanych banerach. Zwłaszcza ostatni, opisany przeze mnie przypadek sprawia, że ci, którzy swój manifest wyrażają myciem murzynom stóp lub lizaniem ich butów, wyglądają na tym tle na ludzi całkiem zdrowych umysłowo. Mimo wszystko z rozczarowaniem przyznam szczerze, że jestem lekko zdziwiony brakiem reprezentanta wiadomych mniejszości seksualnych, świadczącego podobne, nieodpłatne usługi dla dyskryminowanych murzynów.

Bez względu na cele inicjatorów i pociągających za sznurki w tym przedłużającym się przedstawieniu, warto zwrócić uwagę jak to wygląda z naszej, polskiej perspektywy. Prezydent światowego hegemona, który podobno kreuje światową gospodarkę, geopolitykę i co znacznie gorsze jest – zdaniem większości Polaków i polskich polityków – gwarantem polskiej niepodległości. Nie potrafi zaprowadzić porządku na własnym podwórku, cuchnącym lewacką, wręcz komunistyczną i wrogą naszej tradycji, kulturze i całemu Państwu Polskiemu ideologią. Ostatnie dwa tygodnie pokazują dobitnie, że w Stanach Zjednoczonych najważniejsze, kluczowe decyzje nie należą do naszego jedynego gwaranta niepodległości, za jaki błędnie uchodzi w Polsce prezydent Trump. Najważniejsze decyzje zapadają gdzie indziej, w jakichś chorych głowach, które właśnie w ostatnich dniach wystąpiły przeciwko narodowi amerykańskiemu. Nie można zatem mieć żadnych wątpliwości, że armia amerykańska w Polsce opowie się po stronie ciemiężycieli Narodu Polskiego, który tak jak w przypadku Ameryki wcale nie musi przyjść z zewnątrz.

Roman Kurski

Za: https://wprawo.pl/r-kurski-rewolucja-bolszewicka-w-stanach-zjednoczonych/

————————————————————————–