4 Marzec 2021

Biden chce „wojny kulturowej”, a deklarował, że zaoferuje pojednanie

Fotograf: KEVIN LAMARQUE/Archiwum: Reuters/Forum

Memorandum prezydenta Bidena w sprawie walki z dyskryminacją wszelkich mniejszości seksualnych i promocji ich uroszczeń nie tylko w kraju, ale i za granicą, jeszcze bardziej spolaryzuje amerykańskie społeczeństwo i społeczność międzynarodową. Biden pokazuje, że bynajmniej nie chce pokoju, tylko „wojny kulturowej”, od której w trakcie kampanii prezydenckiej starał się odżegnywać. 

„Wojna kulturowa” to konflikt między grupami społecznymi prezentującymi odmienne wartości i przekonania. To walka o to, jakie wartości zwyciężą w danym państwie, regionie czy, ogólnie rzecz biorąc, na arenie międzynarodowej. Zwykle toczy się ona w odniesieniu do kwestii, które silnie polaryzują społeczeństwo, bardzo często termin ten jest stosowany w stosunku do współczesnej polityki w Stanach Zjednoczonych, obejmującej takie problemy jak aborcja, homoseksualizm, uroszczenia osób transpłciowych, pornografia, wielokulturowość, rasizm, ksenofobia, bigoteria itp. Termin wywodzi się od niemieckiego „Kulturkampf” („walki kulturowej”), a ukuty został przez Rudolfa Virchowa, który wskazywał na starcia między grupami kulturowymi i religijnymi w kampaniach od 1871 do 1878 r. wymierzonych przeciwko wpływom Kościoła katolickiego.

W USA „wojna kulturowa” często odnosi się do rywalizacji politycznej między republikanami, mającymi – obecnie już coraz rzadziej – odzwierciedlać wartości tradycjonalistyczne i konserwatywne, a demokratami, uznawanymi za „postępowców” bądź „liberałów”. To także walka między wartościami mieszkańców wsi i miast. W 1991 r. James Davison Hunter w książce zatytułowanej „Culture Wars: The Struggle to Define America” na nowo zdefiniował to pojęcie, wskazując na ogromną polaryzację społeczeństwa w sprawie aborcji, dostępu do broni, imigracji, rozdziału kościoła od państwa, prywatności, używania narkotyków, uroszczeń lobby LGBT i cenzury. Mówił, że w tych kwestiach istnieją dwa wyraźne bieguny w USA. Mniejsze znaczenie ma religia, pochodzenie etniczne, klasa społeczna itp.

Pat Buchanan, który starał się o nominację republikanów na prezydenta przeciwko urzędującemu George’owi H. W. Bushowi, mówił w 1992 r., że: „w naszym kraju toczy się wojna religijna o duszę Ameryki. Jest to wojna kulturowa, tak samo ważna dla tego, jakim będziemy narodem, jak sama zimna wojna”. Wskazywał, że konflikt, jaki przetaczał się przez Amerykę, to tak naprawdę kwestia władzy nad społeczną definicją dobra i zła. Krytykował wówczas ekologizm i feminizm, określał aborcję, „orientację seksualną” i kulturę popularną jako główne fronty „wojny kulturowej”. Narzekał na walkę z symbolami Konfederacji, z Bożym Narodzeniem itp.

„Wojna kulturowa” miała pozwolić republikanom przejąć władzę w Kongresie w 1994 r., ale pogrzebała szanse prezydenta George’a H. W. Busha na reelekcję w 1992 roku. Jak zwykle walce o kulturę towarzyszyła walka o edukację. Debatowano nad tym, czy historia Ameryki powinna być krytyczna czy też gloryfikująca przeszłe wydarzenia. Klęska Sary Palin w 2008 r. i późniejsza rezygnacja ze stanowiska gubernatora Alaski spowodowały, że Center for American Progress wieszczyło zbliżający się „koniec wojen kulturowych”, pokładając wielkie nadzieje w zmianach demograficznych i akceptacji młodego pokolenia dla programu politycznego lobby homoseksualnego. Wraz z erą Donalda Trumpa „wojna kulturowa” na nowo przybrała na sile. Dziś do problemów mocno dzielących Amerykanów włączono działania ruchu Black Lives Matter, protesty w sprawie symboli narodowych, politykę dot. zmian klimatycznych, edukację, politykę zdrowotną (w tym Obamacare) oraz politykę infrastrukturalną. W ostatnim czasie nowymi frontami okazała się kwestia tzw. uroszczeń transseksualistów i roli prawa naturalnego w stanowieniu prawa pozytywnego. A jeszcze całkiem niedawno dołączyła do niej sporna kwestia noszenia lub nie maseczek.

W lipcu ub. roku Michael Hirsh na łamach magazynu „Foreign Policy” przestrzegał Joe Bidena, by nie dał się wciągnąć w „wojnę kulturową” Donalda Trumpa, bo przegra wybory prezydenckie. „Niezależnie od wyników wyborów prezydenckich Trump – pisał – wielokrotnie udowodnił swój makiaweliczny talent wykorzystywania słabych punktów demokratów, tak samo jak skutecznie robił to przeciwko swoim republikańskim rywalom w prawyborach w 2016 roku. Trump usilnie pracuje nad tą strategią. Weźmy pod uwagę jego przemówienie z okazji Dnia Niepodległości wygłoszone w zeszły piątek w Mount Rushmore, w którym potępił zaatakowanie przez protestujących posągów i żądanie zburzenia innych pomników z przeszłości kraju. W przemówieniu Trump celował w coś, co nazwał bezlitosną kampanią wymazania naszej historii, zniesławienia naszych bohaterów, wymazania naszych wartości i indoktrynacji naszych dzieci. Tak zwana kultura wymazania, powiedział Trump, jest samą definicją totalitaryzmu i jest całkowicie obca naszej kulturze i naszym wartościom. … Nie popełnij błędu: ta lewicowa rewolucja kulturalna ma na celu obalenie rewolucji amerykańskiej”.

Zdaniem Hirsha, senator Tammy Duckworth (czołowa kandydatka na wiceprezydenta) szybko złapała przynętę, zarzucając Trumpowi, że „cały czas rozmawiał o martwych zdrajcach” odnosząc się do obrony przez prezydenta posągów konfederatów i baz wojskowych nazwanych imionami generałów Konfederacji. Demokratka zakwestionowała przy okazji w swojej gorliwości zasadność istnienia pomnika Mount Rushmore z rzeźbionymi twarzami Jerzego Waszyngtona, Thomasa Jeffersona, Theodore’a Roosevelta i Abrahama Lincolna, ponieważ „stał na ziemi skradzionej rdzennym Amerykanom”. I tym samym ściągnęła potężny atak różnych konserwatywnych mediów, o co chodziło Trumpwi.

Hirsh ubolewał, że to tylko ugruntowało „łatkę” lewaków przypisaną demokratom, od której od dawna chcą się uwolnić. Co więcej, cała ta debata jaka się wywiązała mogła być „groźnym punktem zwrotnym w kampanii prezydenckiej”. Dlatego komentator „FP” wzywał Bidena i jego sztab do szybkiej reakcji. Wszczęto więc inicjatywę podpisywania listu przez „wybitnych intelektualistów”, którzy próbowali odwrócić uwagę od pojęcia „lewicowego totalitaryzmu” stosowanego przez Trumpa, jednocześnie zarzucając mu „ideologiczny konformizm”. Stwierdzono, że „Siły antyliberalizmu zyskują na sile na całym świecie i mają potężnego sojusznika w postaci Donalda Trumpa, który stanowi realne zagrożenie dla demokracji. Nie można jednak pozwolić, aby opór wobec tego stał się rodzajem dogmatów lub przymusu, które prawicowi demagodzy już wykorzystują”.

Biden kreował się w kampanii wyborczej na polityka „centrum”, rozsądnego męża stanu, miłującego pokój, który chce łączyć, a nie dzielić, który jest koncyliarny i chce ze wszystkimi współpracować. Jednak w ciągu zaledwie 40 dni urzędowania zdążył już zarządzić naloty na domniemane cele irańskie w Syrii i pchnął skrajnie radykalną agendę lewicową, uderzając w prawa kobiet, dzieci, rodziców, organizacji charytatywnych i podstawowe wolności obywatelskie. Nie jest centrystą na którego się kreował. Sześć tygodni po rozpoczęciu rządów administracja Bidena jest znacznie dalej na lewo niż w trakcie kampanii 2020 roku obiecał to kandydat demokratów.

Niepowodzenia związane z uchwaleniem pakietu pocovidowej odbudowy w znacznie rozwodnionej postaci niż pierwotnie obiecywał, a także liczne na razie drobne niepowodzenia w zakresie polityki zagranicznej bynajmniej nie wskazują, by „Ameryka wróciła!” Biden poniósł porażkę w kwestii saudyjskiej, chciał odnowić umowę z Iranem, ale Irańczycy na razie ją odrzucają. Europa wykorzystuje reset amerykański z Rosją, by pchnąć budowę rurociągu Nord Stream 2 i inwestycje w Chinach. Zatwierdzanie kandydatów do rządu przebiega powoli. Do tej pory nie obsadzono około 1250 kluczowych stanowisk, które wymagają zatwierdzenia przez Senat. Prawie żadne stanowisko poniżej sekretarza nie zostało obsadzone w żadnym dziale lub agencji. Tu i ówdzie jest kilka pozostałości po administracji Trumpa. Nie nominowano także nikogo na ambasadora w innym kraju. W większości przypadków USA mogą współpracować w oparciu o osoby z poprzedniej administracji lub za pośrednictwem zastępców szefów misji.

Udało mu się jednak wydać szereg decyzji ideologicznych dot. walki z rasizmem i homo- oraz transfobią w armii, w urzędach w kraju i zagranicą. Tym samym Biden potwierdził, że jest żywotnie – wbrew temu co deklarował – zainteresowany podtrzymywaniem agresywnej „wojny kulturowej”. Ba, jest gotów podpalić cały świat. To ona de facto definiuje jego politykę. Biden jest pierwszym prezydentem elektem, który w swoim zwycięskim przemówieniu podziękował osobom transpłciowym i wydał rozkaz rozszerzający uroszczenia osób identyfikujących się z programem politycznym lobby LGBTQ. Uchylił zakaz służby jawnych „transów” w armii, a teraz tropi „transfobów” za pośrednictwem szefa Departamentu Obrony. 4 lutego wydał memorandum w sprawie przestrzegania praw człowieka wobec lesbijek, gejów, osób biseksualnych, transpłciowych, queerowych i interseksualnych na całym świecie, które uzupełnia i potwierdza zasady ustanowione w memorandum Prezydenta Obamy z 6 grudnia 2011 r. (Międzynarodowe inicjatywy na rzecz praw człowieka lesbijek, gejów, biseksualistów i osób transpłciowych). Wymagało ono od dyplomatów i wszelkich agencji amerykańskich promocji uroszczeń mniejszości seksualnych za granicą pod pretekstem ochrony praw człowieka.

Obecne memorandum wskazuje, że „wszyscy ludzie powinni móc żyć bez strachu, bez względu na to, kim są i kogo kochają” i Ameryka będzie liderem jednoczącym rządy, aby promować uroszczenia mniejszości seksualnych. Ameryka wypowiada wojnę „przemocy i dyskryminacji ze względu na orientację seksualną, tożsamość płciową, ekspresję płciową lub cechy płciowe”. Za pośrednictwem tego memorandum Biden wymaga od wszystkich zagranicznych agencji, by zapewniły, iż dyplomacja Stanów Zjednoczonych i organizacje świadczące pomoc zagraniczną promują „prawa człowieka osób LGBTQI +” Zgodnie z memorandum, agencje i dyplomaci mają zwalczać kryminalizację „statusu LGBTQI + lub zachowań tych osób za granicą”. Mają „rozszerzyć wysiłki na rzecz zwalczania dyskryminacji, homofobii, transfobii i nietolerancji ze względu na status lub zachowanie LGBTQI +”.

Departament Stanu co roku przedstawi raport dot. łamania „praw człowieka, których doświadczają osoby LGBTQI + na całym świecie”. Chodzi tak o przepisy przeciw społeczności LGBTQI +, jak i przemoc oraz dyskryminację ze strony zarówno podmiotów państwowych, jak niepaństwowych. Amerykanie nadają priorytet w sprawie przyjmowania uchodźców LGBTQI + i przyznawania im azylu. Nie kobiety z dziećmi, ale osoby identyfikujące się jako „transi”, „querowcy” itp. będą mogli liczyć w pierwszej kolejności na ochronę. Co więcej, memorandum wskazuje, że chodzi tu także o inne kraje pierwszego kontaktu dla tych uchodźców. Ruszą specjalne szkolenia Departamentu Stanu, Sprawiedliwości i Bezpieczeństwa Wewnętrznego, by odpowiedni personel rządu federalnego i kluczowi partnerzy „mogli skutecznie identyfikować i reagować na szczególne potrzeby uchodźców i osób ubiegających się o azyl LGBTQI +, w tym poprzez zapewnienie im odpowiedniej pomocy i sprawienie, że rząd federalny podejmie wszelkie stosowne kroki, takie jak potencjalne zwiększone wykorzystanie priorytetowych wezwań do ambasad w celu zidentyfikowania i przyspieszenia przesiedlenia osób szczególnie wrażliwych, wymagających pilnej ochrony”.

Agencje zaangażowane w zagraniczną pomoc mają ściśle współpracować z rządem federalnym, obywatelami, społeczeństwem obywatelskim i sektorem prywatnym w celu „promowania poszanowania praw człowieka osób LGBTQI + i zwalczania dyskryminacji”. Do organizacji pozarządowych zajmujących się propagowaniem ideologii gender mają popłynąć środki, chociaż zastrzeżono, że pomoc będzie taka, na jaką pozwolą możliwości budżetowe. USA mają szybko i stanowczo reagować na „łamanie praw człowieka osób LGBTQI + za granicą”. W Departamencie Stanu powstanie grupa międzyagencyjna, która ma koordynować „szybką i konstruktywną reakcję rządu federalnego na poważne incydenty zagrażające prawom człowieka osób LGBTQI +”.

Memorandum wskazuje, że jeśli rządy zagraniczne będą dążyć do „ograniczenia praw osób LGBTQI + lub nie będą egzekwować ochrony prawnej, przyczyniając się tym samym do powstania atmosfery nietolerancji, agencje zaangażowane za granicą rozważą odpowiednie reakcje, w tym wykorzystanie pełnego zakresu narzędzi dyplomatycznych i pomocowych oraz, w stosownych przypadkach, sankcje finansowe, ograniczenia wizowe i inne działania”. Waszyngton zajmie się także budowaniem koalicji międzynarodowej w celu prowadzenia wojny z „dyskryminacją LGBTQI +”. Te kwestie będą stale poruszane podczas spotkań dwustronnych i na forach wielostronnych, by poszerzyć koalicję państw prowadzących „wojnę kulturową”.

Memorandum nakazało także odwołać wszystkie decyzje prezydenta Trumpa i jego zespołu, które chroniły tradycyjne wartości, w tym małżeństwo oparte na związku kobiety i mężczyzny czy prawa rodziców, dzieci, kobiet itp. Agencje zaangażowane za granicą przygotują sprawozdanie w ciągu 180 dni od daty wydania memorandum, a następnie co roku będą przedstawiane raporty w sprawie postępu ideologii gender na świecie. Wszystkie agencje przedłożą sprawozdania w tej kwestii Departamentowi Stanu, który sporządzi raport o postępach rządu federalnego w realizacji tych inicjatyw, a następnie przekaże go prezydentowi, Kongresowi i opinii publicznej. W realizację memorandum zaangażowany jest cały rząd USA. Pod koniec lutego notatkę opublikowano w Rejestrze Federalnym. Republikańscy politycy już zapowiedzieli podczas dorocznej konferencji CPAC zdecydowaną walkę z agendą demokratów, wieszcząc, że mimo podziałów konserwatyści zjednoczą się i już w przyszłym roku spróbują „odbić” Izbę Reprezentantów.

Agnieszka Stelmach

Za: https://www.pch24.pl/biden-chce-wojny-kulturowej–a-deklarowal–ze-zaoferuje-pojednanie,82408,i.html

—————————————————-