6 Kwiecień 2021

USA zamierzają rozpętać wojnę, w której weźmie udział co najmniej kilka krajów Europy Wsch. Dlaczego? Z braku innych sposobów na obronę hegemonii, bez której USA zamieniłyby się w słabe, biedne państwo, niestabilne wewnętrznie i podatne na rozpad.

                Rozcisław Iszenko – Komu zadrży palec na spuście?

    Sytuacja na cierpiącej od dawna Ukrainie (bez ironii dla kraju i jego mieszkańców) rozwija się w taki sposób, że można stwierdzić, że strony zainteresowane konfliktem, potencjalnie zbrojnym, zakończyły przygotowania przedwojenne, przynajmniej w sferze dyplomatycznej. Następnie, albo ktoś musi się poddać, albo kolejny krok naprzód oznacza wojnę.

    Rosja nie może prowadzić wojny „na dużą skalę” z Ukrainą – to różne kategorie wagowe. Ukraina nie jest nawet w stanie podbić Donbasu. Udział Kijowa w bezpośrednim starciu zbrojnym z Moskwą, nawet w ramach grupy państw, oznaczałby dla Ukrainy niemal natychmiastowe zniszczenie jej jako bytu politycznego. 

    Jednocześnie Ukraina pełni jedynie rolę prowokatora pierwszego starcia. Jej zadanie polega na tym, aby w jakiś sposób wskazać społeczności światowej udział Rosji w konflikcie zbrojnym.

    Następnie USA zamierzają rozpętać wojnę europejską, w której weźmie udział co najmniej kilka krajów Europy Wschodniej – członków NATO i UE. Pozwoli im to wywierać presję na zachodnioeuropejskich sojuszników, którzy nie chcą konfliktu z Rosją, żądając od nich decyzji, czy są z Moskwą, czy z NATO.

    Nie jest to łatwy wybór dla Europy Zachodniej. Wybór NATO to wybór wojny, która w tym przypadku zbliży się do rozmiarów wojny światowej. Wybór Rosji oznaczałby porzucenie stuletniego systemu sojuszy, w którym Europa Zachodnia przywykła czuć się bezpiecznie. Istnieje bardzo duże ryzyko, że Europejczycy wybiorą Stany Zjednoczone i NATO, licząc na to, że nie będą musieli walczyć. Ale to jest nadzieja na cud, a Bóg zsyła cuda tylko tego godnym.

    Dlatego też zbliżającego się gwałtownego rozwiązania kryzysu na linii kontaktu w Donbasie nie można nazwać wojną ukraińsko-rosyjską. Sytuacja jest o wiele gorsza.

    Przypomnę, że odwołany na konsultacje ambasador Rosji nie wrócił do USA. Co więcej, nie można było tego nie zgłosić. Nie wiadomo, na jak długo został odwołany, ale informacja o tym rozeszła się w oficjalnych rosyjskich mediach. Moskwa wskazała w przestrzeni informacyjnej, a następnie potwierdziła ustami swojego ministra spraw zagranicznych, że stosunki z USA są w punkcie zamrożenia, nie ma dialogu. Oznacza to, że sytuacja jest gorsza niż podczas kubańskiego kryzysu rakietowego. Wtedy ZSRR i USA prowadziły aktywny dialog w celu zapobieżenia wojnie.

    Europejskie środki masowego przekazu rozpowszechniły informację, że USA doprowadziły swoje wojska w Europie do najwyższego stopnia gotowości. W tym samym czasie we Włoszech przeprowadzono ankietę: „Czy jesteś gotów walczyć z Rosją o Ukrainę”. I wielu uczestników ankiety (z których większość nie chce żadnej wojny) podkreśliło, że mowa nie jest wojnie o jakieś nieznane dla większości Włochów Ukrainy, ale dla interesów Waszyngtonu.

    Tak więc Europejczycy doskonale zdają sobie sprawę ze wszystkiego. Włosi wyrazili nawet nadzieję, że jeśli wybuchnie wojna na dużą skalę, to Putin spełni swoją obietnicę uderzenia w centra decyzyjne i nie pozwoli Amerykanom, którzy wciągnąwszy innych w konflikt, tradycyjnie siedzieć z tyłu za oceanem.

    Pewien polski generał podniecił się i ogłosił potrzebę pilnego stworzenia sojuszu bałtyckiego (składającego się z Polski, krajów bałtyckich i skandynawskich) na wypadek wojny z Rosją. NATO nie wydaje mu się wystarczająco wiarygodne.

    W każdej armii nie brakuje stetryczałych generałów, ale jeśli takie wypowiedzi są aktywnie dyskutowane w prasie krajowej i zagranicznej, to znaczy, że dane społeczeństwo (polskie, bałtyckie) jest moralnie gotowe do wojny, a ośrodki hamujące, w tym instynkt samozachowawczy, które zwykle blokują ryzykowne decyzje, zostały wyłączone.

    Ukraińskie kierownictwo, mimo prowokacyjnego ostrzału Donbasu, wyraźnie obawiało się sprowokować Rosję do prawdziwych działań wojennych, pamiętając, co stało się w 2008 roku z armią gruzińską i w latach 2014-15 z AFU. Amerykanie, którzy do ostatniej chwili udawali, że nie mają z tym nic wspólnego, musieli nawet otwarcie pokazać swój udział w sprowokowaniu konfliktu. W ciągu jednego dnia, 1-2 kwietnia, odbyły się rozmowy telefoniczne między ministrami obrony oraz prezydentami Ukrainy i Stanów Zjednoczonych. W obu przypadkach partnerzy amerykańscy popychali Kijów w kierunku konfliktu z Moskwą, obiecując, że nie pozostawią Ukrainy sam na sam z Rosją.

    Zaraz potem Kijów zażądał wspólnych ćwiczeń z NATO (nie zapadła jeszcze decyzja, ale myślę, że USA będą próbowały ją przeforsować). Ukraina poinformowała też Radę Bezpieczeństwa ONZ o eskalacji na linii kontaktu w Donbasie. Robi się to po to, aby zrzucić winę za rozpoczęcie konfliktu na Rosję, aby można było powiedzieć „ostrzegaliśmy, zwracaliśmy się nawet do Rady Bezpieczeństwa”.

    Rada Najwyższa Ukrainy zmieniła przepisy regulujące pobór do wojska, dając Zelenskiemu formalną możliwość wcielenia w ciągu 24 godzin miliona osób, które służyły w armii, z których co najmniej połowa ma doświadczenie z działań bojowych w Donbasie. Ponieważ Ukraina nie jest w stanie wyposażyć, wyżywić, uzbroić i sformować nowych jednostek i formacji z takiej liczby ludzi, oznacza to, że Siły Zbrojne Ukrainy otrzymają dokładnie tyle mięsa armatniego, ile są w stanie przerobić.    Ponadto Ukraina stale demonstracyjnie przesuwa wojska na linię kontaktu i na granicę z Rosją. W niektórych przypadkach mówimy o planowanej rotacji formacji w strefie konfliktu w Donbasie, ale warto zauważyć, że Kijów nie pofatygował się, by zdementować informacje własnych mediów o wzmocnieniu zgrupowań wojsk na granicy z Rosją.

    Moskwa odpowiedziała równie demonstracyjnym przerzuceniem wojsk w pobliże granicy z Ukrainą. Rosyjskie ministerstwo obrony milczało przez tydzień, zanim ogłosiło, że wojska są przenoszone w ramach rutynowych ćwiczeń. Putin przeprowadził wideokonferencję z Macronem i Merkel, podczas której przekazano Francji i Niemcom rosyjskie stanowisko w sprawie obecnego kryzysu. Sądząc po ich późniejszym zachowaniu, nakłaniano ich do pozostania na miejscu i nie podejmowania prób angażowania się w konflikt.

    Rosyjski minister spraw zagranicznych przeprowadził szeroko zakrojone i udane negocjacje z Chinami, w tym koordynację działań Moskwy i Pekinu w ramach odpowiedzi na prowokacje Waszyngtonu, po których Rosja i Chiny równolegle podjęły szereg nieprzyjemnych środków w celu zwalczania amerykańskiej cenzury w globalnym Internecie, a także zadały dyskretne, ale namacalne ciosy amerykańskim interesom handlowym i gospodarczym.

    W tym samym czasie wysocy rangą urzędnicy rosyjskiego Ministerstwa Obrony odwiedzili kilka krajów sprzymierzonych z Moskwą i Pekinem w Azji Południowo-Wschodniej i odbyli konsultacje ze swoimi chińskimi odpowiednikami. Nawiasem mówiąc, Chińczycy od dawna chcą odzyskać Tajwan i nie wykluczają operacji wojskowej przeciwko sprzymierzonym z Amerykanami Tajwańczykami.

    Trzy rosyjskie okręty podwodne jednocześnie wypłynęły na powierzchnię w Arktyce, przebijając się przez lód i przeprowadzając udane treningowe starty rakiet. To nic innego jak demonstracja zdolności do przeprowadzenia zmasowanego uderzenia nuklearnego z najbardziej wrażliwego kierunku. Z tych ostatnich, na Syberii znajdują się eszelony wojsk i sprzętu przemieszczające się w kierunku europejskiej Rosji (relacje ze zdjęć zamieszczonych w internecie przez osoby, które były świadkami przemieszczania się wojsk).

    Donieck i Ługańsk wydały dekrety o pierwszym w historii republik ludowych poborze do wojska. Do tej pory wcielono do służby czterystu mężczyzn na dwie republiki. Jest to raczej demonstracja niż rzeczywiste wzmocnienie korpusu republik. Ale dekrety umożliwiają pobór do wojska dziesięciu roczników naraz, co pozwoli w razie potrzeby zwiększyć siły zbrojne republik dwu- lub trzykrotnie. Ponieważ DNR/LNR jest wspierana przez Rosję, nie powinno być problemu z uzbrojeniem i umundurowaniem tak dużej liczby ludzi. Rosyjskie magazyny pozwalają uzbroić i wyposażyć miliony.

    Moskwa otwarcie powiedziała i pokazała, że nie zamierza się wycofywać. Raz jeszcze muszę podkreślić, że po obu stronach podjęte zostały wszystkie wstępne kroki dyplomatyczne i polityczne. Praktycznie nie ma miejsca na dalszą eskalację bez przejścia do otwartego konfliktu. Manewry, które mogłyby zostać podjęte, nie zmniejszą napięcia, a ich potencjał również zostanie wyczerpany w nadchodzących tygodniach.

    Strony (i nie chodzi tu o Ukrainę i Donbas, ale o Rosję i USA) znajdują się w sytuacji „komu zadrży palec na spuście”. W rzeczywistości kretyńska administracja Bidena realizowała deklarowany przez Hillary Clinton plan nuklearnego szantażu Rosji podczas jej kampanii prezydenckiej w 2016 roku. Już wtedy Hillary deklarowała, że będzie domagać się od Rosji ustępstw pod groźbą wojny nuklearnej na pełną skalę. Teraz Stany Zjednoczone demonstrują swoją gotowość do eskalacji kryzysu w Donbasie do bezpośredniej konfrontacji wojskowej między Rosją a USA w kilku krokach.

    Dlaczego to robią? Ponieważ nie mają innych sposobów na obronę swojej globalnej hegemonii, bez której USA za jednym zamachem zamieniłyby się w słabe i biedne państwo regionalne, niestabilne wewnętrznie i podatne na rozpad (gorzej niż Rosja w latach 90-tych). Według ich własnych obliczeń, w ciągu najbliższych trzech-czterech lat USA powinny definitywnie przegrać rywalizację gospodarczą i polityczną z Rosją i Chinami oraz stracić nawet teoretyczne szanse na zwycięstwo w konflikcie zbrojnym. Waszyngton stoi przed dylematem: teraz albo nigdy.

    Czy to oznacza, że wojna jest nieunikniona? Nie. Ryzyko jest bardzo wysokie. Co więcej, ryzyko wymknięcia się wydarzeń spod kontroli jest ogromne, zwłaszcza biorąc pod uwagę nieudolność amerykańskiej administracji. Ale, jak już powiedziano powyżej, polityka nie musi oznaczać fatalnego rozwoju sytuacji. Zawsze istnieje wiele możliwości rozwoju sytuacji. Można wyróżnić trzy główne, które pozwolą nam uniknąć najgorszego:

1. Ktoś się wycofa bez wojny. Dla wycofanych będzie to oznaczało katastrofę polityczną, ale odłożoną w czasie. Nie będzie to od razu zauważalne.

2Kryzys militarny rozpocznie się i zakończy zbyt szybko, aby USA miały czas na wdrożenie swojego planu wojny europejskiej. Z grubsza rzecz biorąc, Ukraina zostanie zniszczona tak szybko, że Polacy, kraje bałtyckie i inni nadgorliwi obrońcy amerykańskich interesów, a także same USA nie zdążą zareagować, a wtedy będzie już za późno.

3. W pewnym momencie nastąpi rozłam w napięciu. Ukraińscy przywódcy mogą nigdy nie odważyć się na przekroczenie tej ostatniej linii. W końcu mają małe lub żadne szanse na przeżycie niezależnie od wyniku konfliktu. Nawet jeśli USA wyśle po nich samolot (co jest mało prawdopodobne), to po prostu nie zdąży on dolecieć do Boryspola ani opuścić ukraińskiej przestrzeni powietrznej. Rosja może w każdej chwili zamknąć nad nią niebo. Wschodni Europejczycy nie mogą ryzykować wciągnięcia w ten konflikt. Czym innym jest „wypowiedzieć wojnę Rosji” we własnych mediach, a czym innym jest to robić w praktyce. Można nie mieć czasu na zejście do schronu. I dobrze, jeśli spadochroniarze przyjdą brać jeńców, ale mogą przyjść z rakietami, które nie biorą jeńców, bo nie wiedzą jak. Europa Zachodnia może zająć twarde stanowisko. Stany Zjednoczone raczej nie zaryzykują zakończenia konfliktu, jeśli europejscy sojusznicy odmówią im wsparcia, w tym zakazania Amerykanom prowadzenia z ich terytorium działalności wywrotowej przeciwko Rosji. Europa Zachodnia dobrze zna to nieprzyjemne uczucie, kiedy twoje miasto, twój mały, zadbany kraj jest celem bezdusznych głowic, które mogą go trzykrotnie zmieść w radioaktywny pył. Chcą dobrze żyć, a nie bohatersko ginąć za amerykańską hegemonię. Strach przed śmiercią może obudzić w nich odwagę potrzebną do otwartego przeciwstawienia się Stanom Zjednoczonym.

    Słabość tych wszystkich opcji polega na jednym, musimy polegać na kimś innym, aby podjąć właściwą decyzję, ponieważ nie możemy już wycofać się na własną rękę. Ale, jak widzimy, istnieje wiele wariantów, w których fatalny rozwój wydarzeń może zostać przerwany.

    Niemniej jednak muszę ze smutkiem stwierdzić, że w ciągu pięćdziesięciu pięciu lat mojego życia świat nigdy nie był tak blisko wojny. Najbliżej III wojny światowej (po kubańskim kryzysie rakietowym, który miał miejsce zanim się urodziłem) byliśmy podczas europejskiego kryzysu rakietowego na początku lat 80-tych, kiedy to USA rozmieściły w Europie swoje rakiety średniego zasięgu, a radzieckie systemy RSD-10 „Pionier” (SS-20 według klasyfikacji NATO) dotarły aż do NRD. Ich lokalizacje były oddalone od siebie o kilkadziesiąt kilometrów (Niemcy Wschodnie i Zachodnie), co oznaczało, że każdy konflikt z użyciem broni konwencjonalnej mógł przerodzić się w wymianę uderzeń jądrowych, gdyż dotarcie do stanowisk rakietowych mogło zająć zaledwie dwa dni.

    Cóż, nawet wtedy sytuacja była lepsza, bo Amerykanie byli zarażeni kowbojstwem, ale w sumie byli zdrowi, nie chcieli wojny i był dialog. Teraz my (i cały świat) mamy do czynienia z nieudacznikami w Waszyngtonie, dla których przyszły pokój jest gorszy od wojny. Co więcej, wierzą, że wojnę można jeszcze wygrać i nie są gotowi z nikim rozmawiać o kompromisie, żądając jednostronnych ustępstw.

    Mimo to, mamy szansę. Większość ludzi (Amerykanie nie są tu wyjątkiem) chce żyć. Stetryczała junta Bidenów, która opanowała Biały Dom, nie jest wszechmocna. To również można powstrzymać wspólnymi siłami.

————————————-

Źródło w języku rosyjskim – tutaj.

Tłumaczenie automatyczne: DeepL

Korekta, poprawki tłumaczenia, wygładzenie tekstu, wytłuszczenia: Kmieć.

Za: https://kmiec.neon24.pl/post/161145,komu-zadrzy-palec-na-spuscie

—————————————————–