15 Wrzesień 2021

Wśród rządzących naszym światem (w tym Polską) są albo debile, albo cynicy – nikogo innego się nie dopuszcza.

O co grają cynicy, trudno sprecyzować – oni mają cele ukryte, a debilizmy, które wykonują, są na pokaz – dla naiwnej gawiedzi. Przykład: Jeżeli Barack Obama jest rzeczywiście i naprawdę przerażony podnoszeniem się poziomu oceanów, to czemu kupił sobie posiadłość na brzegu oceanu? Cynik i tyle. Gdyby wierzył w zmiany klimatu, kupiłby coś w górach Kolorado lub w stanie Wyoming – wysoko, daleko od morza, w strefie wolnej od „nieuniknionej fali huraganów, która będzie narastać”. Kupił jednak na brzegu oceanu, bo wie, że ocean go nie zaleje, ale mimo to głosi klimatyczne bzdury i każe ludziom zaciskać pasa, zakazać węgla i ropy, latania samolotami i zjadania steków, bo krowy pierdzą, a krowie pierdy to CO₂.

Gdyby baron klimatyczny John Kerry wierzył w głoszone przez siebie tezy o emisji CO₂, „która doprowadzi nas do globalnej katastrofy”, to nie latałby prywatnym odrzutowcem, lecz samolotami rejsowymi lub w ostateczności rządowymi, czyli razem z całą resztą oficjalnej delegacji, ale on woli samotnie prywatnym jetem i jego osobista emisja CO₂ go nie obchodzi. Na zlotach klimatycznych w Davos stoją zaparkowane całe hektary prywatnych odrzutowców, którymi przylecieli ludzie „zatroskani o klimat”. To wszystko cynicy.

#    #    #    #

A co z debilami u władzy? Słowo „debil” jest obraźliwe, a nie ma powodu obrażać głupka za to, że jest głupi – nie jego wina, wyłącznie jego cecha. Jak więc nazwać debila, żeby go nie nazywać debilem? Może tak: Premier RP ma wiatraczki w głowie. Każe likwidować kopalnie, domowe piece i stawiać farmy wiatrowe, a udział „energii zielonej” zwiększać. Orlen – spółka rządowa – podpisał umowę z amerykańską firmą na produkcję farm wiatrowych, części mają być wytwarzane w Polsce i wszyscy się z tego cieszą. Debile albo cynicy. Turbina wiatrowa wymaga 300 litrów oleju, żeby się nie zatarła i chodziła gładko. Nie może to być olej roślinny, czyli „zielony” – musi być syntetyczny, a żeby zrobić 300 litrów syntetycznego, trzeba zużyć tysiące litrów ropy naftowej, która jest be. Olej w wiatraczku wymienia się co roku i utylizuje, co jest kosztowne energetycznie (duża emisja CO₂). Można też wylać lub spalić albo cuś. Nie sądzę, by premier myślał tak daleko w przód, skoro ma wiatraczki w głowie. On kończy na etapie budowania farm wiatrowych, a nie na etapie „co potem robić z olejem i czy to w ogóle opłacalne”.

#    #    #    #

Gdybyśmy chcieli zasilać Warszawę z turbin wiatrowych, trzeba by ich postawić ponad tysiąc (tych wielkich amerykańskich z Orlenu). Gdzie to zmieścić? Gdybyśmy chcieli wszystkie miasta w kraju zasilać z wiatraczków, może nam zabraknąć ziemi pod uprawy rolne. Wiatrak potrzebuje sporo pustej ziemi pod sobą i dookoła. I trzeba wyciąć wszystkie drzewa w okolicy, bo one zakłócają przepływ powietrza. Lub… zostawiamy istniejące lasy, bo nam szkoda drzew, ale za to zajmujemy ziemie orne. Coś zająć trzeba, do cholery, a wolnej pustej ziemi nie ma, bo wszędzie albo pola, albo lasy, albo domy. To może zrezygnujmy z Warszawy i zasilmy Trójmiasto, a wiatraki postawimy na morzu. Tylko gdzie, skoro jeszcze trzeba gdzieś pływać statkami? No i obsługa farm na morzu kosztowna, czyli się nie opłaca.

#    #    #    #

A co, gdy wiatr nie powieje? Panele słoneczne? A co, gdy nie wieje i są chmury, i długie zimowe noce, a do tego turbiny wiatrowe zamarzły, tak jak wiosną w Texasie? Premier takich pytań nie stawia, tak daleko nie myśli. Tysiąc turbin dla Warszawy oznacza 300 tys. litrów oleju rocznie – żeby się nie zatarły. „Czysta energia” wymaga strasznie dużo ropy naftowej – do produkcji oleju syntetycznego oraz na paliwo do maszyn służących do budowy i obsługi farm wiatrowych. I jeszcze coś. Aby za pomocą „zielonej energii” produkowanej przez wiatraki zrównoważyć CO₂, które wypuścimy w powietrze w trakcie produkowania tych wiatraków (przez Orlen), każdy wiatrak musi pracować nieprzerwanie na 100 proc. swojej mocy przez lat 40. Niewykonalne, bo zdarzają się awarie oraz dni bez wiatru? Dobra, to w takim razie każdy wiatrak musi pracować na 75 proc. swojej mocy, ale przez lat 60 i wtedy dopiero odpracuje CO₂ wypuszczone na jego wyprodukowanie. Kłopot w tym, że żywotność turbiny wiatrowej to 20 lat, a potem trzeba ją rozmontować i wywalić. Czyli? Czyli „zielona energia” z wiatraka nigdy nie zrównoważy energii „brudnej” zużytej do jego produkcji. Ale u premiera w głowie wiatraczki, a nie to, co będzie za lat 20 czy 40. A może pan premier nie ma wiatraczków w głowie, lecz po prostu wie, że go tu za 20 lat nie będzie, bo wtedy już będzie inny premier… Hm. Co wolisz, premiera cynika czy premiera, który ma w głowie wiatraczki? Bo innej możliwości nie ma.

#    #    #    #

Najnowsze i najbardziej wydajne wiatraki wytrzymują 20 lat pracy. Co potem? Są wysoki słup i ogromne skrzydła z kompozytów. Nie wiemy, co będzie kiedyś, ale dzisiaj nie da się w opłacalny sposób wyremontować ani zutylizować takich wielkich skrzydeł. Można by je zemleć i zrobić z nich… Co? Torebki plastikowe, od których właśnie odchodzimy, bo zaśmiecają środowisko? Przerabianie zużytych skrzydeł jest nieopłacalne, więc na razie się je… SKŁADUJE. Zajmują sporo miejsca, a przecież składowisko też coś kosztuje. Jedno skrzydło ma 30 metrów, a są też dłuższe. Premier pewnie uważa, że tym problemem martwić będziemy się dopiero za lat 20. Tak? A kiedy w Polsce stanął pierwszy wiatrak? I co ma w umowie na wynajem swojego terenu zapisane rolnik, który ucieszył się z dotacji i zezwolił na postawienie wiatraka? On ma w umowie wpisane (małym drukiem, ale bardzo wyraźnie), że wiatrak stawia firma X i robi to „darmo”, ale po 20 latach za utylizację zużytego sprzętu i usunięcie go z pola odpowiada właściciel ziemi, na której wiatrak stoi.                                                                                                     Wojciech Cejrowski II korespondencja z USA

https://dorzeczy.pl/opinie/199524/wiatraczki.html

PS.

Panie Wojtku ! Samo sedno! Przecież każdy normalny człowiek rozumie, że “ekologia” to tylko następny pomysł jak doić grubą kasę z budżetów państwowych. Podobne problemy stwarza modna fotowoltaika – panele trzeba wyprodukować zatruwając środowisko, niefachowy montaż lub eksploatacja grożą pożarem, wiele z firm montujących panele za chwilę padnie (chętnych na fotowoltaikę na zasadach od stycznia 2022 niewielu) więc w razie awarii pozostanie poszukiwanie producenta w Chinach, za ok. 20 lat (w wersji najbardziej optymistycznej) panele będzie trzeba zutylizować, co naiwniaków liczących na oszczędności mocno szarpnie po kieszeni. Pan Wojciech wspomniał o debilizmie polityków, ale głupota Polaków dających się wpuszczać w pseudoekologiczne maliny jest jeszcze większa.

Mamy w Polsce najlepsze geotermalne źródła na świecie, zamiast z tego korzystać wspierać polskich naukowców, politechniki, firmy by budować tutaj całą infrastrukturę, to nadal oddajemy się w ręce zagranicznego kapitału, a za te bzdurne pomysły rządzących jak zawsze zapłacimy my, podatnicy!     

Za: https://c-z06.neon24.pl/post/163583,wiatraczki

———————————————————