Czy Ryszard Kukliński był sowieckim agentem? Drukuj Email
Dodał: HP   
05.10.2012.

Czy Ryszard Kukliński był sowieckim agentem?

 

http://sol.myslpolska.pl/wp-content/uploads/2012/09/kuklinski_legitimacja.jpg

Takie pytanie ciśnie się na usta po lekturze artykułu Juliana Babuli pt. „Służba pułkownika Kuklińskiego w Sztabie Generalnym WP. Refleksje, pytania i wątpliwości” („Przegląd Historyczno-Wojskowy”, nr 1/ 2012, ss. 141-150). Babula był przez 25 lat (1969-1995) pracownikiem Sztabu Generalnego, dobrze znał Ryszarda Kuklińskiego. Rysując system zabezpieczeń i kontroli jakiej była poddawana kadra WP, w tym zwłaszcza oficerowie Sztabu Generalnego – formułuje pytania, jakie nasunęły się jemu i innym oficerom obserwującym Kuklińskiego w latach jego służby w WP.  Oto te pytania:

„Na tle tych, obowiązujących wszystkich rygorów i zasad pewne zachowania płk. Kuklińskiego budziły zdziwienie pracowników pionu operacyjnego Sztabu Generalnego (Zarząd I Operacyjny, Zarząd Topograficzny, Oddział [Zespół] Szkolenia Operacyjnego, Dyżurna Służba Operacyjna), a wydaje się, że również innych komórek organizacyjnych i dowództw (okręgów wojskowych, rodzajów sił zbrojnych). Zachowania te można podzielić na dwie grupy: takie, które powinny wzbudzić zainteresowanie kontrwywiadu, i takie, które stanowiły wyraźne naruszenie obowiązujących przepisów, regulaminów i norm prawnych.

Dla przykładu wymienię kilka z nich:

- Życie na poziomie znacznie przewyższającym warunki bytowe oficerów, którzy otrzymywali takie samo jak on uposażenie wojskowe (budowa segmentu domu w najbardziej atrakcyjnym miejscu stolicy; kupno sadu i urządzeń do jego obsługi – traktor, maszyny; kupno i utrzymanie prywatnego jachtu pełnomorskiego; posiadanie prywatnego samochodu osobowego).

- Odbywanie systematycznych rejsów wspomnianym jachtem do tzw. strefy zachodniej (koszty, łatwe otrzymywanie zezwoleń, samodzielność w kompletowaniu załogi).

- Stanowcze i skuteczne odmawianie służby (a nawet obowiązującej oficerów praktyki) poza Sztabem Generalnym WP (nie stanowiło to jednak przeszkody w awansie na pułkownika).

- Systematyczne opuszczanie miejsca pracy w godzinach służbowych bez wiedzy i zgody przełożonych (na 2-3 godz. i dłużej). Stały ceremoniał: Panowie, jeżeli szef będzie o mnie pytał, to powiedzcie, że nawalił mi samochód i udałem się do warsztatu albo powiedzcie coś innego, on i tak mi uwierzy. Oszukiwaliśmy generała bardzo często i wszyscy byli zadowoleni.

- Stałe konflikty z personelem tajnej kancelarii i sekcji dokumentacji specjalnej, a często również z podległymi oficerami, na tle przetrzymywania dokumentów, zagubienia lub przekazywania (udostępniania) ich nieupoważnionym osobom.

- Bardzo częste wykonywanie prac lub samodzielne przebywanie w pomieszczeniach zarządu po godzinach służbowych, także w nocy i w dni wolne od zajęć służbowych.

- Niczym nieuzasadnione kreowanie mitu oficera niezastąpionego (prace i informacje całościowe – tylko „ja”, pozostali oficerowie – tylko zadania wycinkowe)”.

Pisano o tym już wcześniej, ale nigdy nikt nie próbował odpowiedzieć na te wątpliwości. Babula stawia raz jeszcze te pytania, ale nie formułuje wniosku ostatecznego. Czytamy:

„Do wybitnych „znawców” sprawy płk. Kuklińskiego kieruję więc pytanie: czy możliwość prowadzenia przez niego tak aktywnej działalności szpiegowskiej, przy jego odbiegających od norm zachowaniach (w służbie i poza nią), wynikała z niskiej skuteczności funkcjonującego w Sztabie Generalnym systemu kierowania, kontroli i nadzoru czy też celowo i świadomie ktoś rozłożył nad nim parasol ochronny?

A oto jeden z licznych (wiele z nich mam udokumentowanych) przykładów dziwnych zachowań płk Kuklińskiego. Pewnej niedzieli, latem 1979 roku, ok. godz. 12.00 w południe zostałem wezwany przez służbę dyżurną Sztabu Generalnego do natychmiastowego stawienia się w miejscu pracy – okazało się, że tylko ja byłem „uchwytny” telefonicznie. Powód wezwania: w gabinecie mojego szefa (był nim wówczas płk. Kukliński) szczeka pies. Trzeba coś z tym zrobić, bo jego właściciel zniknął, a pies nie daje się uspokoić. Dyżurny powiedział mi, że płk Kukliński przyjechał do Zarządu ok. godz. 9.30 z psem, bo miał coś bardzo ważnego do zrobienia. To było tak „ważne i pilne zadanie”, że natychmiast oddalił się w niewiadomym kierunku. Około godz. 13.30 pułkownik, jak nagle znikł, tak nagle się pojawił. Zabrał psa i wyjechał. Gdyby komuś z nas coś takiego się wydarzyło, to prawdopodobnie wyleciałby z Zarządu – a tu nic. Warto zaznaczyć, że kiedy szef (Kukliński) miał takie „pilne i ważne zadania”, a miał je często, nigdy nie zgadzał się na deklarowaną przez nas pomoc. Chciał być sam, chociaż nie było to zgodne z przepisami. Przełożeni wiedzieli o tych jego dziwnych praktykach.

Chciałbym także zwrócić uwagę na bardzo ciekawą, moim zdaniem, okoliczność. Otóż w każdym wypadku odkrycia szpiega w tak ważnej instytucji, jaką jest sztab generalny – a zdarzały się takie wypadki – zawsze „leciały głowy”. Osoby odpowiedzialne (przełożeni) byli objęci śledztwem, a następnie sądzeni i skazywani na wieloletnie więzienie lub degradację i wydalenie z wojska. Były także kary śmieci – choć dla innych pracowników – albo uprzedzające spodziewaną karę samobójstwa.

W wypadku Kuklińskiego było zaś zupełnie inaczej. Po odkryciu jego szpiegowskiej działalności nie było śledztw, spraw sądowych ani kar. Ba, co więcej – całą sprawę starano się wyciszyć, zabraniając nawet rozmów na ten temat, a prawie wszyscy przełożeni „bohatera” tej największej po wojnie afery szpiegowskiej w krótkim czasie byli awansowani na wyższe stopnie wojskowe lub stanowiska służbowe. Jest to tym bardziej niepojęte, jeśli sobie uświadomimy, że działo się to w rygorystycznym systemie, właściwym dla ówczesnej władzy autorytarnej, działającym pod nadzorem partii kierowniczej oraz rozbudowanych służb specjalnych – własnych i ZSRR.

Zastanawia też brak zainteresowania strony radzieckiej (po 7 listopada 1981 r.) ucieczką Kuklińskiego. Nie były również wprowadzone istotne zmiany w opracowanych wcześniej planach operacyjnych i specjalnych, a także w obowiązujących systemach dowodzenia czasu „P” i „W” (miejsca funkcjonowania i rejony rozwinięcia, drogi przegrupowania, obsady kierowniczych stanowisk, systemy łączności, w tym tabele rozmównicze)”.

Tok rozumowania autora jest taki – to było nienormalne, a więc Kukliński musiał być „kryty”. Przez kogo? To proste – przecież nie przez Amerykanów. Był „kryty” przez wywiad sowiecki GRU. Taką tezą wysunął już płk Henryk Piecuch, autor wielu książek o tematyce szpiegowskiej. W połowie lat 90. „Komsomolskaja Prawda” opublikowała (przemilczany w Polsce) bardzo obszerny i szczegółowy artykuł, w którym jasno stwierdzono, że Kukliński był agentem GRU i został zwerbowany przez Amerykanów „pod przykrywką” tegoż wywiadu. W 1981 roku „uciekł” za wiedzą Moskwy, która posłużyła się nim jako „listonoszem”, który miał powiadomić USA o planowanym stanie wojennym. Brak reakcji Moskwy na fakt ucieczki Kuklińskiego był znamienny, cisza ze strony Waszyngtonu została odebrana (także przez gen. Jaruzelskiego) jako przyzwolenie na wprowadzenie stanu wojennego. Do końca oczywiście nie znamy wszystkich aspektów tej sprawy i pewnie długo nie poznamy. Ale jedno jest pewne – hagiografowie Kuklińskiego w Polsce powinni raczej siedzieć cicho a nie domagać się kolejnych hołdów. Czynił to natarczywie Józef Szaniawski, ale to nie dziwne, bo on sam był oskarżony o współpracę z CIA, więc lansował tezę, że agent CIA może być największym bohaterem i patriotą. Są i inni zwolennicy tej tezy. Tymczasem jest to nie tylko uwłaczające narodowi polskiemu, ale i bardzo ryzykowne.

Magda Braun

Za: http://sol.myslpolska.pl/2012/09/czy-ryszard-kuklinski-byl-sowieckim-agentem/

--------------------------------------------------------------------------------------

 

 

 

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »